teen vogue photoshoot

teen vogue photoshoot

czwartek, 10 maja 2012

Coś tam. + kolejne opowiadanie.

Hmmm. Po pierwsze, chciałem podziękować wszystkim, którzy przeczytali "Wilgoć w piwnicy". Cieszę się bardzo, że udało się Wam to przeczytać, bo wiem że jest dość długie i nie każdemu chciało się to czytać. Po drugie, strasznie miło mi że tak bardzo Wam się spodobało, sądząc po komentarzach. Jestem w trakcie pisania drugiej części, ale jej na pewno szybko nie opublikuję. A teraz wybaczcie, bo czekam na teledysk do "More Than This" i jakoś nie potrafię się na niczym skupić. Dobra, druga rzecz. Poszperałem trochę i znalazłem kilka "smaczków" w imaginach. A zatem... enjoy.





"Bylas dziewietnastolatka mieszkajaca w Londynie.Pewnego dnia lata postanowilas wybrac sie z twoja n.p na kregle,bo bd lubilas w nie grac.Gdy bylyscie juz na miejscu,wykupiliscie tor od razu na 3gdz. ty nie bylas zadowolona z tego wyjscia bo mial byc to babski wypad,a twoja n.p zabrala ze soba swojego chlopaka i bylo Ci smutno,bo juz od dluzszego czasu niemialas partnera,ale staralas sie nie okazywac swojego gniewu.Od razu wpad Ci w oko sliczny mulat,ktory z tego co slyszalas tez wynajmowal tor na 3gdz. Byl tam z 4 rowniez sliczymi kumplami,ale on mial to cos.Caly czas sie na niego gapilas i wgl. nie moglas sie skupic na grze.Zauwazylas,ze przystojny chlopak takze na Cb spoglada.W polowie 2 gdz. zle sie poczulas i bd bolal Cie brzuch,wiec nie gralas tylko siedzialas zwinieta w klebek z bolu i dalej na niego patrzylas.Mulat zaczal isc w Twoim kierunku,ale ty tg nie zauwazlyas,bo wtedy tak Cie bolalo ze bylas skupiona tylko na bolu."

O Chryste. Musiałem przeczytać to trzy razy, żeby zrozumieć o co tu chodzi. Autorko tej szmiry: UŻYWAJ SPACJI! To nie jest karalne. Polskie znaki również. Poza tym... "BD", "N.P", "3gdz", "CB", "TG" ?! What the fuck, takich skrótów nie używa się w prozie! To niedopuszczalne! Chryste panie, co Ty miałaś z polskiego?!


"Przystojniaczeek zapytal :
-Zle sie czujesz?
Tak,bd boli mnie brzuch
-To moze wyjdziemy na swierze powietrze?
-Nwm czy dam rade.
-Dasz,dasz.A jak nie to Ci pomoge./usmiechnal sie/
-Wyszlas na pole z mala pomoca chlopaka. W pewnym momencie powiedzial :
-Jestem Zayn.
-A ja (t.i) milo mi.
-Zuwazylem,ze bd czesto mialas wzrok skierowany na mnie/usmiechnal sie/"


Hm. To jakiś scenariusz sztuki teatralnej? Te wszystkie didaskalia... I nie rozumiem. "Wyszłaś na pole z małą pomocą chłopaka" - pisała to jakaś krakowianka, dam sobie uciąć rękę. Poza tym... Kto to powiedział?! Bo jak dla mnie to jest czyjaś wypowiedź.
I do cholery, nie uwierzę że jakikolwiek chłopak użył by stwierdzenia "miałaś wzrok skierowany na mnie", no do diabła ciężkiego...


"Wrociliscie razem do srodka,ale ty i Zayn juz nie graliscie tylko gadaliscie i niezwracaliscie na nic innego uwagi.Czulas,ze sie w nim zakochalas."


Och, tak, na pewno. Po pół godzinie już wielka miłość. Dobra jest.


"Szliscie i rozmawialiscie i ty zapytalas:
-A na jaki film w koncu idziemy?
-Nwm...moze Titanic w 3D? Teraz akurat go graja."

 
Skąd ja to wiedziałem...

"-Ahha...Ej wiesz,co ?fajny jestes...nwm bd fajny...
W tym momencie Zayn sie zatrzymal i powiedzial :
--/t.i/ wiem,ze znamy sie tylko 1 dzien,ale ja Cie kocham.Czy zostalabys moja-przerwalas mu bd namietnym pocalunkiem-
Po pocalunku powiedizalas:
-Tak Zayn,zostane Twoja dziewczyna...Kocham cię ♥
Szliscie,trzymajac sie za rece,a na filmie caly czas plakalas,a Zayn zaczal dopiero z polowie filmu.Od tamtego dania minely juz ponad 2 lata,planujecie sie pobrac i zalozyc rodzine.♥
"

O mój Boże... "
Ahha...Ej wiesz,co ?fajny jestes...nwm bd fajny..." ?! Ja przepraszam, ale txt spk jest cholernie nie na miejscu.

"
wziełaś wdech bo przecież teraz miałaś być silna.. miałaś ale..
mineły kilka tygodni, dopadła cie depresja.."


To już inny imagin. Zdanie zaczyna się z wielkiej litery, do cholery! Poza tym... "minęły kilka tygodni". Kali jeść, Kali pić? FORMA! No i dopadająca Cie depresja. Wiem, że używa się tego stwierdzenia, ale ono mnie niezmiernie śmieszy. Wyobrażam sobie taką depresję, która kogoś goni i w końcu go łapie i pożera.

"p: bede sie z tobą spotykać codziennie około 18-stej bede twoim psychologiem, jesteś w szpitalu psychiatrycznym.
gdy to powiedziała miałaś ochote krzyczec, nagle wszedł lekarz,
l: niestety.. nie bede owijać w bawełnę, przez te tabletki ma pani guzy, guzy które pękną"


Ja nic nie chcę mówić, ale zanim się napiszę takie rzeczy, powinno się sprawdzić czy to faktycznie jest prawdopodobne. Jak na moje - nie.


"
Gdy przyjechalo pogotowie i zabralo chlopaka,ty postanowilas pojechac do szpitala z nim.Gdy bylas juz na miejscu,dowiedzialas sie ze gdyby ni to,ze go zlapalas mglby juz nie zyc.Poszlas do sali w ktorej lezal.Czylas sie bd dziwnie siedzac obok osoby,ktorej najprawdopodobniej uratowalas zycie.Zlaalas go za reke i glaskalas,a on po jakis 10min sie obudzil i zapytal :
-Kim ty jestes? I gdzie ja jestem ?
-Ja...jestem osoba,ktora uratowala Ci zycie i jestes w szpitalu.
Po tych slowach blondasek sie usmiechnal i bd cicho powiedzial"


No nie wydaje mi się.


"
Niall poprosil,zebys odprowadzila go do domu.Ty akurat nie mialas nic innego do roboty i powiedzialas,ze z checia go odprowadzisz.Gdy dotarliscie,Niall poprosil zebys zosytala na herbate,a ty oczywiscie sie zgodzilas.Pozmawialiscie i wymieniliscie sie nr. tel. jakby cos sie dzialo Niallowi,bo mieszkam sam.Niall zapytal czy ty tez mieszkasz sama,a akurat 2msc. temu wyprowadzilas sie od rodzicow,wiec odpowiedzialas,ze tak.
Nial:
-To moze moglabys chociaz dzis zostac u mnie na noc w razie czegos.?"


Ohohoho. Zaczyna sie. Niall, Niall, Niall, Niall... Powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia. Cóż, wydaje mi się że męskie imię można zastąpić tysiącem innych słów. Ale nie, nikt przecież nie wiedziałby że to chodzi o niego! -.-

"
gdy Niall poczul Twoje cialo odwrocil sie i Cie mocno przytulil.Spaliscie wtuleni i Tb to bardzo odpowiedalo i po Niallu bylo widac,ze jemu tez.Snilo Ci sie,ze bylas z Niallem para,a ze mialas sklonnosc do gadania przez sen nie dawalas za bardzo spac Niallowi
i krzyczalas :
-Niall! Prosze Cie!Nie odchodz! Przeciez ja Cie kocham!
Po tym Niall Cie przez przypadek obudzil,gdyz tak mocno Cie przytulil.Ty zaspana zapytalas:
_Gadalam cos przez sem ? Jak tak,to bardzo przepraszam..ale nad tym nie panuje.
-Alez nie szkodzi,bd milo bylo mi tego sluchac.
-Takk?!A co ja takiego mowilam ?!
-Ze mnie kochasz,i jezeli to prawda,to musze Ci powiedziac ze ja Cb tez.
-Seriooo ???!!! ;O Tak sie ciesze!
Pocalowaliscie sie i od tamtego dnia jestescie bardzo szczesliwa para ♥"


Yhm. Chcę mieć sprawę jasno. Znacie się dwa dni (w zaokrągleniu oczywiście...) i już wpakowałaś mu sie do łóżka. Już się kochacie. I już jesteście bardzo "szczesliwa para
♥". Jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni? 

"Byłaś z Liam'em w kinie, na `to tylko sex`. Widziałaś jak twój chłopak się tobie przygląda.
L:A może ....
Ty:Chodź idziemy, bo przyjaciel twój już nie wytrzyma."


Ahahaha. No nie. Jaki przyjaciel? Kto tam jest z wami?!

"*Spojrzeliście na `namiot`, który robił się Liam'owi w spodniach. Wyszliście z sali i poszliście do damskiej ubikacji."
Liam lubi biwakować. Ma przenośny namiot!



Wcześniej rozglądaliście się czy nikogo nie ma. Gdy weszliście do jednej z kabin Liam oparł cię o ścianę i zaczął całować. Jego przyjaciel stał już."


No bez kitu. Ktoś tam z wami jest.


"Czułaś jak ci się wbija. Odpięłaś mu spodnie i ściągnęłaś je wraz z bokserkami. On zrobił to samo. Od razu wszedł w ciebie. Poruszał się bardzo szybko. Było wam dobrze. Po godzinie skończyliście pierwszą część, wróciliście na film."

Och, no tak. Tak po prostu.



"Gdy się skończył pojechaliście do domu. Od razu poszliście do sypialni. Ściągnęłaś swojemu chłopakowi ubrania, on zrobił tobie to samo. Całował twoje rozpalone ciało. Pobawił się trochę sutkami i łechtaczką."


Yeah. Good fuckin' luck with that.

"Ty pobawiłaś się jego przyjacielem, następnie Liam w ciebie wszedł. Z każdym ruchem łóżko skrzypiało coraz bardziej. W końcu pękło. Mieliście to gdzieś kochaliście się dalej. Po dwóch godzinach usnęliście wtuleni w siebie.
"

Pęknięte łóżko... Tak samo z siebie, wzięło i pękło. Było







* * * * * ** * * *  * * * ** * * ** * * ** *


Dobra. To jest opowiadanie, które napisałem dość dawno temu, ostatni rozdział napisała moja przyjaciółka, bo chciałem żeby też było coś "jej" w tym opowiadaniu. Powiem Wam szczerze, jest totalnie nierealne i zmyślone w stu procentach. Jedyne, co jest prawdziwe, to miejsca w których dzieje się akcja. Spędziłem mnóstwo czasu przy wyszukiwarce i Google Maps, żeby sprawdzić lokalizacje, dobrać odpowiednie lokale, hotele, miejsca itp. Opłaciło się, bo moim zdaniem fakt, że akcja dzieje się w realnych miejscach, nadaje temu opowiadaniu lekkiej realności. Mam nadzieję że Wam się spodoba, chociaż moim zdaniem "Wilgoć" jest lepsza.No i jeszcze jedno. Ponieważ przy pisaniu tego opowiadania kilka osób domagało się romansu, pojawił się. Co prawda dziwnie mi było to pisać, no ale jest.


TRASA OD ZAPLECZA


Środa, 2:37. Redakcja. Środek nocy, na litość boską.
Stosy zdjęć, papierów, niedopałki papierosów wysypujące się z popielniczki, kable, aparaty, mrugające okropnie stare monitory, zaduch, kilkanaście plastikowych kubeczków po kawie z automatu, pogniecione kartki papieru, ołówki, długopisy, korektory, markery. No i ja i ona.
Powinienem się przedstawić w zasadzie. Jestem Artur, od dwóch lat pracuję w jednym z polskich czasopism, której nazwy, ze względów etyki pracy, nie mogę tutaj podać. Nie będę pisał jak wyglądam, przecież to bez sensu. Ową tajemniczą „oną” obok mnie była moja redakcyjna koleżanka i prywatna przyjaciółka, młodsza ode mnie o rok, Agata, potocznie zwana Agatką. Ten przydomek przylgnął do niej przez jej niski wzrost i wiecznie roześmianą buzię.
Ten potworny bałagan który wcześniej opisywał panował u nas w biurze co środę. Wtedy zamykaliśmy numer. Siedzieliśmy często do rana, żeby kurierzy o siódmej mogli zawieźć wszystko do drukarni. Ta środa do tej pory nie różniła się od żadnej w ciągu ostatnich dwóch lat. Do czasu.
Rozległo się pukanie do drzwi. To zabawne. Te drzwi były szklane, więc doskonale wiedzieliśmy że ktoś za nimi stoi, a ludzie i tak pukali. Do pokoju wpadła zdyszana Baśka, nasza stażystka. No, może nie do końca nasza, tylko szefa. Ale wszyscy ją kochali, bo dwoiła się i troiła żeby tylko utrzymać tu staż. Klapnęła bezwładnie na jedyne wolne krzesło i łapiąc oddech, wachlowała się plikiem papierów trzymanych w ręce.
Agatka przyglądała się jej z umiarkowanym zainteresowaniem.
-Jezu Chryste... - sapała Baśka – co tu się dzieje, okno otwórzcie, bo tu gorzej niż w komorze gazowej!
Cmoknąłem.
- Chciałbym zauważyć, kochanie, że jesteśmy na dwudziestym piętrze. Tutaj się nie otwierają okna. Tu jest cholerna klimatyzacja. Która działa teoretycznie, chociaż nie doświadczyłem.
Agata podrapała się w nos zakreślaczem.
- Co ty tu chcesz? Bo nie wydaje mi się żebyś przyszła do nas ze świeżą kawą...
Coś dziwnego było między Agatą i Baśką. Agata Basi wyraźnie nie lubiła, natomiast Baśka ją uwielbiała. Takie toksyczne trochę. A ja to wszystko musiałem znosić z zaciśniętymi zębami.
- A właśnie! - przypomniało się Basi – stary was woła do siebie, jakaś afera gruchnęła albo coś, nie wiem, ale łazi po gabinecie w tą i z powrotem, jakiś taki podładowany, nie wiem czy on się cieszy czy co on w sumie robi... Wiecie jak to on. No ale w każdym razie, prosi was do siebie.
- Chryste, teraz? Jak ja tu się bawię z Zielińską? - mruknąłem, wskazując gestem na monitor komputera, na którym akurat wygładzałem twarz aktorki w Photoshopie.
- Tak, teraz, i lepiej idźcie, bo to się źle skończy...
Agata pomamrotała coś niewyraźnie pod nosem, zgasiła papierosa, łyknęła kawy i wstała. Ja zrobiłem dokładnie to samo. Wyszliśmy z pokoju i pomaszerowaliśmy ku windzie.

Środa, 2:53. Winda w redakcji.
-Ciekawe co on może od nas chcieć... - zapytała Agata, poprawiając w lustrze włosy .
-A skąd ja mam wiedzieć? Stary zawsze ma takie pomysły, że to lepiej nie wiedzieć...
Winda dzwonkiem powiadomiła nas o przybyciu na piętro na którym mieścił się gabinet szefa. Agata poprawiła mi kołnierz, bo stwierdziła że wyglądam jak łajza i zapukaliśmy do drzwi redaktora naczelnego. Władczym tonem kazał nam „wleźć szybko do środka”.
Rzeczywiście. Wydawał się jakiś nieswój.
Siadać i się nie odzywać – powiedział dziwnie tajemniczo.
Zgodnie z rozkazem, usiedliśmy na wielkiej skórzanej kanapie i wlepiliśmy w szefa pytające spojrzenie. Przyglądał się nam jakby powątpiewająco.
- Sprawa jest taka. Dostałem telefon z Manchesteru. Wiecie, że mamy tam zaprzyjaźnioną redakcję – pokiwaliśmy twierdząco głowami – i że czasami ktoś od nas tam jeździ, pisać dla nich. I tak samo działa to w naszą stronę. Widzieliście Williama i Katie? - znowu pokiwaliśmy głowami – No, to oni są właśnie od nich. I teraz pojawiła się kolejna prośba o to, żeby ktoś od nas tam pojechał.
Skrzywiłem się. Jezu, jak on myśli że zostawię otwarte materiały dla tych żółtodziobów świeżo po studiach, to chyba zwariował.
-W każdym razie. Sprawa jest dość nietypowa.
- Mów szefie, dla nas wszystko ostatnio jest nietypowe – powiedziała z uśmiechem Agata.
Naczelny usiadł w swoim fotelu.
- Pytanie: na co najbardziej chorują dzisiejsze nastolatki?
- Na grypę! - wyrwało mi się niechcąco.
Szef spojrzał na mnie jak na idiotę.
- Nie. Znaczy, to też, ale nie o to chodzi. Słyszeliście na pewno o One Direction. Słyszeliście?
- Tak, coś tam w radio było – powiedziała nieśmiało Agata.
- No to już coś. W każdym razie. Oni jadą w trasę do Stanów. I wy jedziecie z nimi, na trzy miesiące. Manchester nie ma ludzi. Wszyscy tam płaczą, bo każdy by chciał tam pojechać, ale nikt nie może, tamten naczelny trzyma ich jak psy na łańcuchu, wszyscy teraz pracują nad Olimpiadą.
Zatkało mnie. Agaty nie zatkało, tylko dlatego że ze świstem wciągnęła powietrze. My mamy jechać do Anglii, i z jakimiś małolatami tłuc się przez trzy miesiące po Stanach? Chryste, za co?!
- Szefie, a nie może jechać ktoś z nowych? - zapytałem z nadzieją.
- Wykluczone. Wy jesteście młodzi, wyglądacie dobrze, znacie język perfekt, poza tym wy mi najbardziej do tego pasujecie.
Poczułem, że nie damy rady się z tego wykręcić. Kątem oka spojrzałem na Agatę. Nie podzielała moich obaw. Wręcz przeciwnie, wyglądała jakby wygrała na loterii miliard.
- W każdym razie... - kontynuował naczelny – musicie się szybko pozbierać. Otwarte tematy zostawcie Basi, ona je komuś przekaże.
- Skąd taki pośpiech?
-Bo wyjeżdżacie jutro wieczorem.
Znowu mnie zatkało.
Reszta nocnego spotkania upłynęła pod znakiem kawy i wymagań szefa. Rysował mi się obraz trzech miesięcy ciężkiej harówy, nie spania, tysięcy zdjęć i materiałów wideo, wywiadów, rozmów, reportaży i innych cudów. Wszystko na temat One Direction. Szczerze przyznam, że mało o nich słyszałem do tej pory. Albo się nie interesowałem po prostu. Agata natomiast promieniała szczęściem.

Środa, 5:32, winda w redakcji.
Słaniałem się na nogach ze zmęczenia, natłoku myśli i obowiązków przez najbliższe trzy miesiące.
Agata natomiast nie wyglądała wcale na zmęczoną, rozpierała ją energia i w ogóle szalała. Że ta winda się nie zacięła od wstrząsów wywołanych jej radością, to po prostu cud.
-Co ty się tak cieszysz? - spytałem ją, przecierając oczy, bo piekły mnie tak bardzo że myślałem że nie wytrzymam i wydłubię sobie narząd wzroku z twarzy.
- No jak to co? Jak to co? Anglia! Stany! One Direction! I Har... - urwała, czerwieniąc się.
- Co, Harrods? Myślisz że będziemy mieli czas na zakupy? Oszalałaś?
Agata przestała być czerwona. Nie zauważyłem że bardzo jej ulżyło.
- Tak, Harrods. Myślałam że pójdziemy. No ale nic, nie damy rady rzeczywiście...
Dojechaliśmy do naszego pokoju, zgarnąłem do torby wszystkie swoje rzeczy. Agata zrobiła to samo, a wychodząc wcisnąłem biegnącej korytarzem Basi rozpiskę materiałów które zaczęliśmy, a które ktoś przecież musiał skończyć. Życzyła nam miłego wyjazdu i pobiegła dalej stukając obcasami w drewnianą podłogę.
Wygrzebałem z kieszeni kluczyki do auta i wkładając je w zamek upuściłem telefon. Kurde.
Umówiliśmy się z Agatą jutro na dwunastą na Okęciu. Samolot mieliśmy o czternastej trzydzieści sześć. Akurat znajdziemy czas na papierosa i kawę.
Dojechałem do mieszkania, obudziłem kota i wpakowałem się prosto do łóżka.

Środa, 14:26. Moje mieszkanie.
Obudziłem się i ziewając strasznie, włączyłem komputer i telewizor. Skoro mam robić materiał o młodych gwiazdach, wypadałoby się cokolwiek o nich dowiedzieć. Włączyłem MTV, a w wyszukiwarkę wpisałem nazwę zespołu. Momentalnie eksplodowała mi głowa. Setki tysięcy wyników wyszukiwania. Przejrzałem kilka stron, poczytałem podstawowe informacje, odpaliłem YouTube i przesłuchałem ich płytę. W połowie przyłapałem się na tym że tupię nogą w rytm muzyki. Kurde, chwytliwe, i nawet mi się podoba.
Jęczący mi pod krzesłem kot wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że jest głodny. Podniosłem się z krzesła, dałem tej jędzy jeść a sobie zrobiłem kawę i kanapkę z nutellą. Bez nutelli nie ma życia.
Gdzieś w odległym kącie mieszkania rozwyła się moja komórka. Podskakując w rytm Up All Night ruszyłem na jej poszukiwania. Agata.
- Ej, ciemnoto kambodżańska, o siedemnastej w redakcji. Szef robi nam odprawę, bierzemy sprzęt. Jutro już nie będziemy musieli tłuc się z tym wszystkim. Oszczędzimy czas i się wyśpimy przynajmniej.
- Dobra dobra. Będę.
Rzuciłem na łóżko telefon, spojrzałem na moją kotkę, której nadałem dziwne imię Fretka. Znalazłem ją kiedyś na ulicy i tak ze mną była do tej pory.
- Co ja mam teraz z tobą zrobić?
Odpowiedziało mi miauknięcie. Zadzwoniłem do Łukasza, mojego przyjaciela jeszcze za czasów studiów. Miał własną firmę, zarządzał nią z domu, więc pomyślałem że Fretką może się zająć. Owszem, mógł, powiedział żebym podrzucił mu ją wieczorem.
Wieczorem podrzuciłem.

Środa, 16:28. Korki w Warszawie.
Grzmociłem palcami w kierownicę mojej rozsypującej się Hondy. Nie rozsypywała się ze starości, nie nie, aż taki grat to nie był. Rozsypywała się, bo kilkanaście minut temu jakiś bęcwał w wielkim terenowym Mitsubishi postanowił zaparkować mi na bagażniku. Normalnie szlag by mnie trafił i czekałbym teraz na policję, ale w obliczu spotkania w redakcji i jutrzejszego wyjazdu, miałem w nosie mój samochód, tego idiotę który mnie staranował i całą resztę. Musiałem zdążyć. Niewiele czasu mi zostało, także opierając się o klakson wrzeszczałem na wszystkich wokół. Jak łatwo się domyślić, niewiele to pomogło. Korki trwały w postaci niezmienionej.

Środa, 17:36. Redakcja.
Wbiegłem do gabinetu szefa, nawet nie pukając. Agata już tam siedziała i spojrzała na mnie wzrokiem pełnym morderczych zapędów.
- Co to ma znaczyć? Pół godziny spóźnienia – powiedział naczelny, patrząc na mnie równie morderczo.
- Przepraszam najmocniej szefie! - sapnąłem, stawiając torbę i siadając na kanapie – ale jakiś kretyn mnie rozjechał i miałem opóźnienie.
- Co ci zrobił?
- No, nie mnie rozjechał, mój samochód. Szef wyjrzy przez okno, widać. Taka srebrna Honda bez połowy bagażnika.
Naczelny podszedł do okna, spojrzał w dół na parking i uśmiechnął się ponuro. 
- Rzeczywiście, będzie trzeba klepać... No, nie ważne, jak już jesteście oboje, to sprawa wygląda tak. Jutro lecicie do Anglii. Będziecie tam koło osiemnastej, więc znajdziecie jeszcze chwilę czasu dla siebie. Pojutrze macie samolot do Chicago, gdzieś tu mam rozkład lotu... - mruknął, przewalając stertę papierów na biurku – O jest. Trzymaj – wepchnął kartkę Adze – i w Chicago macie pierwszy koncert, ale dopiero dzień po lądowaniu. Będziecie mieli czas na rozmowy z zespołem.
- A kiedy się z nimi spotkamy? - spytała Agatka, przebiegając wzrokiem po kartce.
- Na Heathrow, przed odlotem. Próbowałem was umówić jakoś wcześniej, ale ich agent powiedział że nie ma mowy, bo potrzebują czasu żeby się przygotować do lotu. Dziwne to dla mnie trochę, ale jesteśmy tylko pismakami. Takich jak my są setki.
- Właśnie... - zacząłem powoli – dlaczego to akurat nas wybrali? Naszą redakcję? Przecież oni nawet nie byli w Polsce. Wiedzą że my istniejemy? 
- Skąd wiesz? - zwróciła się do mnie Agata z iskrami w oczach.
- Bo... eee... czytałem trochę. - wstyd było mi się przyznać że w ciągu jednego popołudnia zostałem fanem One Direction.
Rzuciła mi ciekawskie spojrzenie. Szef się zirytował.
- Dobra, będziecie mieli dość czasu, żeby się nagadać. Teraz tak... pieniądze macie już na tych firmowych kontach, faktur nie chcę, bo w Stanach i tak wam nie wystawią. Potem ściągnę sobie wydruki z kont i się rozliczę, to się nie martwcie tym... - pogrzebał w papierach, wyciągnął kopertę i rzucił mi ją na kolanach – tu są bilety. Na razie do Londynu i Chicago, resztę musicie sobie kupować na bieżąco, bo ja do końca nie wiem co i jak tam będziecie planować. Sprzęt bierzcie jaki chcecie, to ma być materiał na miarę dziennikarskiej Nike. Jak ktoś akurat czegoś używa, zabierzcie mu to i bierzcie dla siebie, powiedzcie że ja tak kazałem.
Ucieszyłem się ogromnie. Pomyślałem sobie że w końcu zabiorę Rafałowi Canona, który był zamówiony dla mnie, a ten kretyn sobie go przywłaszczył. I bezczelnie nie chciał oddać.
- Agata, teraz sprawa do ciebie. Wiem jak dobrze piszesz i chwała ci za to. Ale masz dać z siebie milion procent. Ten materiał to dla nas wszystkich przepustka do lepszych tematów, większych zleceń i ogólnie otworzy nam wiele drzwi. Artur, tylko nie przesadzaj z ilością zdjęć. Musisz nam wysyłać jakieś na bieżąco, będziemy to składać w jakieś małe zajawki. Resztę zrobisz po powrocie. Zrozumiano?
Potwierdziliśmy, pożegnaliśmy się z szefem i poszliśmy do działu foto po cały potrzebny sprzęt. I jak zwykle w takiej sytuacji nie wiedziałem co zrobić. Agata stała nad regałem z komputerami.
- Co tak się męczysz? - zapytałem.
- Bo nie wiem który wziąć!
- Bierz Vaio, najlepiej się nadają.
- No tak, ale który?! Czerwony czy zielony...?
Przewróciłem oczami waląc otwartą dłonią w czoło. Tak. Zawsze ten sam problem. Najważniejszy był kolor. Wybrałem co chciałem, zapakowałem do wielkiego plecaka i zważyłem ten tobół w ręku. Coś mi się wydawało, że jest za ciężki. Wywaliłem połowę, stwierdzając że dam sobie radę z tym co mi zostało. Mojego Canona nie wsadziłem, po prostu go nie było na półce. Zwróciłem się do Kaśki, która akurat robiła jakieś grafiki.
- Kaśka, gdzie jest jedynka?
- Rafał wziął rano, a co?
- Potrzebuję. Na teraz.
Kaśka złapała telefon i ściągnęła do pokoju Rafała. Rzuciłem mu zawistne spojrzenie. Nigdy go nie lubiłem. Uważał się za najlepszego fotografa. A zdjęcia robił koszmarne. Szef kiedyś wspominał, że gdyby nie fakt że świetnie pisze, już dawno by wyleciał.
- Co jest? - spytał, patrząc na Kasię.
Dziewczyna wskazała głową na mnie, uśmiechającego się tak że prawie każdy pomyślałby że postradałem zmysły.
- Canona dawaj. Potrzebuję na wyjazd.
Rafał dziwnie na mnie spojrzał.
- Co? Zapomnij. Gdzie niby jedziesz? Do Mrągowa, na kabarety? Pięćsetka ci starczy, odwal się.
Najeżyłem się, ale nie dałem tego po sobie poznać. Uśmiechnąłem się jeszcze bardziej szatańsko.
- Zapytaj starego jak ci się nie podoba. Za pięć minut widzę tutaj jedynkę, z całym ładującym szajsem i szkłami. I nie, nie Mrągowo stary. Stany.
Rafała wyraźnie zatkało i widziałem jak nienawiść miesza się z żalem na jego twarzy.
- Dobra...
Wygrałem. W końcu. Poczekaliśmy z Agatą aż ten frajer przyniesie mi sprzęt, zapakowałem wszystko i z wyrazem tryumfu na pysku wyszedłem z pokoju. Agata męczyła się z torbą na komputer, która nie chciała się zapiąć.
- Ej, mam pomysł – rzuciłem, zatrzymując się na środku korytarza. Agata z impetem wlazła mi w plecy.
- No? - mruknęła, wciąż szarpiąc się z upartym zamkiem.
- Spędzimy ze sobą razem trzy miesiące, prawda? To bądź łaskawa zejść mi z oczu, jeszcze zdążymy się na siebie napatrzeć. Ja jadę do domu, ty rób co chcesz.
- A idź w cholerę! - wrzasnęła śmiejąc się – widzimy się jutro na lotnisku, cześć!


Środa, 19:34. Moje mieszkanie.
Szybkie pakowanie. Nie lubię się pakować, bo nigdy nie wiem co zabrać. Teraz miałem wyjechać na trzy miesiące. Trzy miesiące pałętania się po hotelach. Dobrze że tam są pralnie. Nie trzeba brać dużo. Tak myślałem, a końcowa moja torba była cięższa niż samolot, którym mieliśmy lecieć. Zniosłem ją na dół, wepchnąłem na tylne siedzenie zmasakrowanej hondy i wróciłem na górę. Otworzyłem komputer, zgrałem sobie na iPoda całą muzykę jaką miałem na dysku, dorzucając świeżo ściągniętą płytę One Direction. Uzależniłem się od tej muzyki, całkiem serio. Spojrzałem przez okno na Warszawę i położyłem się spać, jutro czeka nas cała masa roboty.

Czwartek, 12:11, Okęcie, Warszawa.
Tupałem niecierpliwie nogą, siedząc na torbie w budynku lotniska. Agaty wciąż nie było. Wiecznie się spóźniała, ale czemu akurat dzisiaj znowu musi przyjeżdżać po czasie?
W końcu zauważyłem jak wlecze się w moim kierunku, ciągnąc za sobą potężną walizę. Uniosłem brwi, kiedy podeszła do mnie, sapiąc i umierając z przemęczenia.
- Co ty tam masz? - spytałem, wskazując na walizkę – całe mieszkanie spakowałaś?
- Zamknij się i pomóż mi! - warknęła, rzucając we mnie torebką – Chodź się napić kawy, bo zaraz zwariuję z tym wszystkim...
A myślałem że to ja denerwowałem się wylotem.
Ciągnąc za sobą twardą walizkę ze sprzętem, w ręku trzymając torebkę Agaty a na ramieniu dźwigając własną torbę, nie czułem się najlepiej na świecie. Zdecydowanie to wszystko ważyło zbyt wiele jak na moje możliwości. Zdenerwowałem się, gruchnąłem moją torbą o posadzkę i zakładając ręce na piersiach, powiedziałem że dalej nie idę. A do budki z kawą nie było już daleko.
- Chryste, z tobą gorzej niż z babą... - mamrotała pod nosem Agata, odwracając się i szukając wzrokiem wózka na bagaż. Wypatrzyła jakąś starszą kobietę, która na wielkim wózku wiozła tylko zwykłą torebkę. Ruszyła w jej stronę, bezczelnie zabrała jej wózek ręką wskazując na mnie w otoczeniu walizek i podprowadziła żelastwo. Zapakowaliśmy to wszystko i jakże wygodniej i lżej szło się po kawę. Usiedliśmy na twardych krzesełkach z kubkami parującej kawy.
- Jak myślisz, jacy oni są? - spytałem, przypatrując się startującym samolotom za oknem.
- Wyjdę na idiotkę jak ci opowiem.
- Czemu? Też ich lubisz?
- Jak to też?
- No cóż, ja zdążyłem już polubić. Całą noc się dokształcałem i oto efekty. Kolejny psychofan.
- Nie jestem psychiczna! - oburzyła się Agata, chlustając sobie na spodnie kawą.
Zarechotałem podle, wciskając jej w dłoń chusteczki.
- Dobra dobra, ja wiem swoje.
- No w każdym razie... hmmm... no trochę się stresuję, to normalne. Zobacz ile ludzi dałoby wszystko żeby być na naszym miejscu.
- Niby racja – przytaknąłem – ale nie wydaje ci się że takie życie gwiazdy jest męczące?
- Nie wiem... zobaczymy.
Czwartek, 19:20 czasu lokalnego, Londyn.
Wyleźliśmy z budynku terminala londyńskiego Heathrow. Londyn przywitał nas – jak to było do przewidzenia – deszczem. Dziękowałem sobie w duchu, że cały sprzęt zapakowałem w twardy case, a nie zwykły plecak, bo dawno wszystko by szlag trafił. Pal licho ubrania, wyschną. Agata natomiast rozpaczała, że pokręcą się jej włosy. Przewróciłem oczami.
Złapaliśmy taksówkę, która zawiozła nas pod samo wejście do hotelu. I dopiero tutaj poczuliśmy prawdziwą brytyjskość. Nie wiem co myślał sobie naczelny, rezerwując nam ten hotel. Był mały, ciasny i stuprocentowo angielski. Ciemne ściany, ciemna podłoga, ciemne jedzenie, ciemne okna, ciemny recepcjonista. Na litość boską, tu wszystko było ciemne. Poczułem się jak w grobie, natomiast Aga chłonęła tą ciemność całą sobą, zupełnie zadowolona. Recepcjonista poseplenił coś pod nosem, opluł mi rękę, którą wyciągnąłem po klucze i wtarabaniliśmy się po schodach na drugie piętro gdzie czekał na nas pokój. Hm, ale zaskoczenie. Ciemne ściany, ciemna podłoga, ciemne meble, ciemne okna. Znowu jak w grobie, Chryste. Rzuciłem się na ciemne łóżko przykryte ciemną narzutą. Było nawet wygodne. Rozwaliłem się nie przejmując się walizkami stojącymi na środku. Usłyszałem Agatę wchodzącą do pokoju, zaraz potem wrzask i łomot. No cóż. Agata bardziej przejęła się moimi walizkami i postanowiła wykorzystać je żeby się potknąć i stłuc sobie kość ogonową. Przeklinając mnie i grożąc mi pięścią, podeszła do okna i rozsunęła ciemną zasłonę. Ja zajęty byłem duszeniem się ze śmiechu. Za oknem malował się piękny widok Londynu. Nie wiem ile kosztował nas ten nocleg. Ale dla samego widoku warto było zapłacić każde pieniądze.
Jak się potem okazało, właśnie tak było. Przez telefon zrobiłem naczelnemu awanturę, że każe nam płacić takie pieniądze za hotel, w którym nawet nie ma śniadania. Po czym przypomniałem sobie że to firma za niego płaci, nie ja, zrobiło mi się głupio i rozłączyłem połączenie.
Agata siedziała z nosem przy komputerze, natomiast ja ze słuchawkami na uszach grzebałem w walizce ze sprzętem. Jak po każdej podróży, sprawdzałem czy nic się z niczym nie stało. Na szczęście i tym razem wszystko było w porządku, zatrzasnąłem wieko, wcześniej wyciągając tylko małą lustrzankę i bardzo jasny obiektyw Carla Zeiss'a. Stwierdziłem że na lotnisku nie będę taszczył ze sobą całej wielkiej torby, mały aparat i dobre szkło w zupełności wystarczy, a resztę sobie będę używał już w Stanach.
- Ej, dostałeś maila – odezwała się Agata.
Spojrzałem na ekran telefonu, który rzuciła mi dziewczyna. Rzeczywiście. Zacząłem czytać.
- E tam, jakiś spam – mruknąłem i przekręciłem się na drugi bok – idę spać. Budź mnie rano. Albo ja ciebie, i nie siedź do późna, bo potem będziesz nieprzytomna.

Piątek, 11:20, Heathrow, Londyn.

Staliśmy już przy bramkach celnych na lot Londyn – Chicago. Bagaże już oddaliśmy, Agata miała tylko torebkę, ja sportową torbę pełną papierów, przepustek, paszportów, portfeli i innych bzdetów. Aga uparła się że ja mam wszystkiego pilnować, bo ona zgubi. Przynajmniej nosiła mój aparat, bo chwilowo byłem zajęty pisaniem smsa. Czekaliśmy z niecierpliwością na chłopaków i ich agenta, ale jak na złość ich nie było. Samolot za godzinę. Nie wydaje mi się żeby międzykontynentalny lot czekał nawet na premiera, a co dopiero na One Direction. Zacząłem wątpić czy jesteśmy przy dobrym wyjściu. Zapytałem celnika, tak, staliśmy w dobrym miejscu.
Znowu zacząłem stukać w klawisze, kiedy coś wielkiego i czarnego odepchnęło mnie na bok. Rozejrzałem się zdziwiony, kiedy przed sobą ujrzałem wielką górę mięsa ubraną w czarny garnitur i ze słuchawką w lewym uchu. Przez myśl przebiegło mi że może to jakiś atak terrorystyczny i FBI rzuciło się do akcji. Spojrzałem na Agatę i miałem zamiar powiedzieć, żeby rzuciła mi aparat. Jednak zamiast twarzy Agi zobaczyłem mojego canona i usłyszałem dźwięk migawki. Spojrzałem w stronę, w którą wycelowany był obiektyw.
I wtedy jasna dla mnie zrobiła się obecność goryla z ochrony. Cała piątka, Liam, Zayn, Niall, Harry i Louis dreptali w stronę wejścia na pokład. Machnąłem ręką na Agatę i ruszyłem za nimi. W końcu mamy razem pracować. Zrobiłem trzy kroki, kiedy przede mną znów zmaterializował się wielki ochroniarz i wybulgotał pod nosem, że muszę poczekać aż oni wejdą. Najeżyłem się.
- Ty wstrętny, gruby pacanie – mamrotałem pod nosem po polsku – już ja ci dam poczekać, już ja ci...
- Cicho – powiedziała Agata, pojawiając się obok. Posłała ochroniarzowi miły uśmiech. Nic to nie dało, dalej staliśmy, patrząc jak chłopaki znikają w rękawie.
- No cholera! - zdenerwowałem się – No i zobacz, przez tego osiłka zwiali nam, i co teraz?
- W sumie... - zastanowiła się Agata – czemu nie poczekali? Przecież powinni wiedzieć że tu będziemy. Nie?
Rozejrzałem się szukając agenta zespołu. Nie zauważyłem go nigdzie. Ten wstrętny osiłek wciąż stał przede mną, a za nami zbierała się już spora grupka ludzi, czekających na wejście do samolotu. Rozpiąłem torbę, pogrzebałem w niej i podetknąłem ochroniarzowi pod nos upoważnienie od agenta, podpisy redaktorów, nasze identyfikatory i nawet paszporty. Wziął to wszystko w swoją tłustą łapę, odwrócił się do innego ochroniarza, który pojawił się nie wiadomo skąd i zademonstrował mu plik kartek i dokumentów. Ten drugi, chyba bardziej rozgarnięty, podszedł do nas i powiedział, bardzo powoli.
- Przepraszam za kolegę. On nic nie wiedział.
Wyczułem, że wyraźnie mówi do mnie jak do idioty albo uznał, że nie znam angielskiego. Od 6 roku życia uczyłem się tego języka, i piękną akcentowaną angielszczyzną powiedziałem co myślałem.
- Po pierwsze, może pan mówić normalnie, i ja i koleżanka doskonale was rozumiemy. Po drugie, jej imię wymawia się inaczej – spojrzał na mnie niespokojnie – tak, słyszałem jak pan je czytał. Po trzecie, nie życzę sobie takiego traktowania. Jestem z poważnego wydawnictwa i tak proszę być traktowany. Wszystko było ustalone. Mieliśmy tutaj spotkać się z zespołem. A przez pana kolegę wszystko szlag trafił.
- Proszę wybaczyć – ochroniarz wyraźnie się skruszył, ale wciąż utrzymywał swoją wymyśloną wyższość – ale to już się więcej nie powtórzy. Państwo też źle się zachowali. Gdzie identyfikatory? Powinny być dobrze widoczne.
Co? Tego było już za wiele. Szlag mnie trafił jasny na miejscu, a Aga, przeczuwając chyba co się stanie, odsunęła się z deka. Wypuściłem powietrze.
- Przepraszam bardzo, może mamy jeszcze nosić dzwonki na szyi? Jak krowy? Wtedy wreszcie będzie w porządku?
- Spokojnie, panie... - zajrzał w dokumenty – Arturze. A teraz, proszę bardzo, pan i pana koleżanka możecie przejść na pokład.
- Głupi tępak... - mruknąłem pod nosem po polsku, mijając upierdliwego ochroniarza.
Wpadłem do rękawa z prędkością ekspresu, z nadzieją że tam złapiemy jeszcze chłopaków. Niestety, moje przewidywania okazały się bardzo chybione, rękaw był pusty. Aga człapała za mną, gapiąc się w aparat.
- Cholera, nic nie wyszło... co ty masz tu narobione?
- Jak to? Jak nie umiesz, to się nie bierz za robienie zdjęć – ripostowałem, idąc w stronę otwartych drzwi samolotu. Czekała przy nich stewardessa. Młoda dziewczyna z wypiekami na twarzy. Przeleciało mi przez myśl, że pewnie to po reakcji na chłopaków z One Direction. Przywitałem się grzecznie i spytałem w której części samolotu siedzą. Dowiedziałem się że w pierwszej klasie, więc tam się skierowałem. Niestety, stewardessa powiedziała że nasze miejsca są w klasie ekonomicznej. Roztargniony spojrzałem na bilety. Rzeczywiście, ten głupi naczelny brytyjskiej gazety, który załatwiał nam miejsca, pewnie nie wpadł na to że oni polecą pierwszą klasą. Spojrzałem za siebie, upewniając się że jest tam tylko Agata. Wydłubałem z portfela dwa pięćdziesięciofuntowe banknoty i wepchnąłem stewardessie do ręki.
- Widzę że są dwa wolne miejsca w pierwszej klasie?
Dziewczyna szybko wepchnęła pieniądze do kieszeni i uśmiechnęła się szeroko.
- Jest tylko jedno, niestety.
- Ożesz ty, poczekaj no, już ja cie urządze... - mruczałem po polsku, szukając kolejnej stówy w portfelu. Wcisnąłem pieniądze w dłoń tej cwanej dziewczyny. Zerknąłem na jej identyfikator. Stacey.
- A więc prowadź, Stacey – powiedziałem. Ta wciąż z uśmiechem zaprowadziła nas do pierwszej klasy, która – nie licząc miejsc zajętych przez zespół – była całkiem pusta. Odwróciłem się do dziewczyny, i spytałem czy ktoś tu jeszcze leci.
- Nie tym lotem, proszę pana – odparła i z czarującym uśmiechem zniknęła za zasłoną odgradzającą pierwszą klasę od klasy ekonomicznej.
- Słyszałaś ją? A to małpa cwana... - rzuciłem do Agaty.
- Co? Nie, nie słyszałam – odparła dziewczyna zza moich pleców.
Spojrzałem przez ramię i zauważyłem jak dziewczyna bacznie przygląda się zawartości barku pokładowego, widocznego przez uchylone drzwi.
- Na pokładzie nie pijemy! - przypomniałem jej po polsku.
Starałem się być raczej głośno, żeby zwrócić na nas uwagę chłopaków. Albo oni umarli, albo byli głusi. Innej opcji nie było. Rzuciłem ukradkowe spojrzenie w stronę pięciu zajętych foteli. Ale nic się nie działo. Usiedliśmy w fotelach, trzy rzędy za zespołem. Do kabiny wpadł jakiś facet w sportowej marynarce. Rozpoznałem w nim agenta zespołu. Wstałem akurat kiedy obok mnie przechodził. Przedstawiłem się.
- Oh, tu państwo jesteście! - powiedział, ściskając mi dłoń – Szukałem was przy bramkach, ochroniarz powiedział mi że jesteście już na pokładzie, a ta dziewczyna z obsługi powiedziała, że dał pan jej dwieście funtów żeby tu siedzieć. To prawda?
Zrobiło mi się głupio.
- No tak, ale niestety, dostaliśmy bilety na ekonomiczną...
Facet roześmiał się głośno.
- Bilety tak. Ale tylko dlatego że tak łatwiej to rozliczyć. Miejsca i tak mieliście państwo tutaj, w pierwszej.
Z całej siły wyrżnąłem pięścią w czoło. Facet wciąż się śmiał, a ja nie mogłem przeżyć najbardziej bezsensownie wydanych dwustu funtów w moim życiu.

- Jeszcze jedno pytanie... - zacząłem – Czy oni tak zawsze nie żyją?
- Co robią? - spytał facet, którego imienia nie byłem w stanie zapamiętać.
- No... bo samolot jeszcze nawet nie wystartował, a oni... co oni właściwie robią?
Agent spojrzał po swoich podopiecznych.
- A. Nie, oni wszyscy tak zawsze. Nie wiem w zasadzie dlaczego. Śpią zawsze zaraz po tym jak wejdą na pokład. Też mnie to zastanawiało, ale niech im będzie, tu w końcu mają trochę prywatności.
Spojrzał na mnie i Agatę jakby mówił: A raczej mieli trochę prywatności.
Posadziłem tyłek na fotelu, zastanawiając się co to będzie jak oni w końcu wstaną. Jak się obudzą, trzeba będzie się wytłumaczyć, kim my w ogóle jesteśmy, co my tu robimy i po co przez trzy miesiące będziemy za nimi łazić.

Samolot oderwał się od pasa startowego. Ja zająłem się książką, Agata wciąż klepała coś w klawiaturę komputera. Próbowałem zajrzeć jej przez ramię co ona tam pisze, ale światło wpadające do kabiny przez okna padało akurat pod tak dziwnym kątem, że nie widziałem absolutnie nic.
Książka była wyjątkowo kiepska, więc dość szybko zacząłem się koszmarnie nudzić. Zajrzałem do schowka w fotelu, w którym było kilka płyt DVD, które pasażerowie mieli do dyspozycji. No tak, w końcu pierwsza klasa. Przejrzałem filmy, wszystkie widziałem. Satelity brak.
Próbowałem zasnąć. Na nic, byłem zbyt przejęty tym wszystkim. A Agata wciąż klepała w klawiaturę.
Postanowiłem się przejść po kabinie, żeby rozprostować kości. Lecieliśmy już ponad trzy godziny, ścierpły mi nogi i pomyślałem, że mały spacer dobrze mi zrobi.
Ruszyłem wzdłuż rzędów foteli. Zarówno chłopaki z One Direction jak i ich agent chrapali w najlepsze. Ludzie drodzy, jak można tyle spać?!
Nagle poczułem, że tracę grunt pod nogami i runąłem do przodu jak długi. Zdążyłem tylko wystawić ręce do przodu, dzięki czemu nie straciłem nosa, który niechybnie rozbiłbym o podłogę. Przewróciłem się na plecy i spojrzałem w miejsce, w którym kilka sekund temu stałem. Na wysokości moich kolan znajdowała się stopa. Bezczelna stopa, o którą się wywaliłem. Czerwone miękkie półbuty, brak skarpetek i przykrótka nogawka. Louis, na pewno.
Leżałem tak zaskoczony na podłodze, kiedy stopa się poruszyła, a chwilę potem zamiast stopy, widziałem rozespaną twarz Lou, która przypatrywała mi się z wyraźnym zainteresowaniem i zdziwieniem. Też bym się zdziwił gdyby ktoś zaczął przewracać się o moje nogi akurat wtedy, kiedy śpię sobie w najlepsze. Zmieszałem się i poprawiłem włosy, jak zawsze kiedy było mi głupio.
- Eeee... cześć... - wybąkałem nieśmiało, w zasadzie nie wiedząc czemu się jąkam. Litości, rozmawiałem nawet z naszym prezydentem, i mówiłem normalnie! A tu przede mną zza fotela wychylał się chłopak w moim wieku a ja zaniemówiłem. No ludzie drodzy, co to miało być? Zezłościłem się na siebie, wstałem, poprawiłem spodnie i wyciągnąłem rękę w stronę Lou.
- Cześć, przepraszam że cie obudziłem. Artur jestem.
Lou uścisnął mi dłoń ale wciąż przypatrywał mi się nieufnie. Włosy opadły mu na oko, więc zdmuchnął je, zabawnie wykrzywiając twarz. Nagle jego twarz przybrała zupełnie inny wyraz, kiedy gwałtownie wstając zaczął się uśmiechać.
- A to ty! Jack mówił nam o tobie.
Pomyślałem że Jack to na pewno ten agent. Muszę to zapamiętać.
- Tak? O, no to miło.
- No mówił, mówił. Będziecie z nami przez całą trasę, tak?
- No na to wygląda.
- Co, źle?
- Nie, właśnie wręcz przeciwnie...
- No nie mów że nas słuchasz! - powiedział Louis szczerząc zęby.
- E, no słucham, słucham – stwierdziłem, że bez sensu jest udawać że nie.
- No to tym bardziej cześć! - i zostałem przytulony przez Louisa Tomlinsona. Jezu, mało nie padłem tam na zawał. Pomyślałem sobie o tych wszystkich polskich fankach, które pewnie sikałyby w majtki w takiej sytuacji i zaśmiałem się w myślach.
- Hehe, cześć cześć. No, to miło poznać... - wydusiłem, patrząc ponad jego ramieniem na Agatę, która bezczelnie zasnęła. Akurat teraz, kiedy udało mi się obudzić kogoś z zespołu. Spała z odchyloną do tyłu głową, otwartymi ustami i włosami rozcapirzonymi we wszystkie strony. Nie miałem siły walczyć z uśmiechem i zarechotałem głośno. Lou odwrócił się w stronę Agi i też zaczął się śmiać.
- To ta dziewczyna co z tobą ma za nami biegać?
- Tak, to Agata. Normalnie wygląda dużo lepiej, ale... no cóż.
Chłopak zarechotał i znowu zwrócił się do mnie.
- No to mów.
- Co mam mówić?! - zdziwiłem się. W końcu to ja powinienem tutaj zadawać pytania, a tu role się odwróciły i z dziennikarza zmieniłem się w ofiarę wywiadu.
- No słuchaj, mamy ze sobą spędzić trzy miesiące. Wydaje mi się że należałoby się lepiej poznać.
O mały włos znowu trupem nie padłem. Owszem, czytałem że oni wszyscy są bardzo w porządku. Owszem, bardzo podobało mi się to jak się zachowywali i jak reagowali na ludzi. Ale byłem święcie przekonany, że to wszystko jest strona typowo medialna, że naprawdę tacy nie są. A tu takie miłe zaskoczenie.
- Serio?
- Zdecydowanie! - stwierdził Lou szczerząc zęby.
- Ee... no dobra, no to...
I zacząłem o sobie opowiadać. Nie minęło pięć minut rozmowy, jak Louis podrapał się po głowie i stwierdził że jest głupi. Na moje pytanie, dlaczego, stwierdził że lepiej będzie opowiedzieć to raz, a wszystkim, a nie każdemu po kolei. Zamarłem. Chryste, co, oni teraz wszyscy się obudzą i będą mnie słuchać? Mnie? To słynne, wielkie One Direction ma słuchać mojego gadania? Boże drogi, tego już za dużo, serce mi nie wytrzyma jak te wszystkie oczy będą się we mnie wpatrywać i słuchać jakie bzdury ja opowiadam. Nie zdążyłem zaprotestować. Lou wstał, złapał poduszkę na której siedział i zaczął walić nią wszystkich po głowie. Agata wciąż spała w najlepsze. Pomyślałem, że zabije mnie za to że jej nie obudziłem, ale postanowiłem że ta chwila jest tylko moja, w końcu to ja prawie rozkwasiłem sobie nos przez stopę Louisa, a nie ona, więc to mi się należy, a nie jej. Zginę... - pomyślałem.
Pierwszy poduszką oberwał Harry, który spał na fotelu najbliżej nas. Nie obudził się od razu, więc Lou stanął na fotelu obok i okładał go tak długo, dopóki się nie podniósł i zaczął rozglądać nieprzytomnie. Mało nie padłem ze śmiechu, kiedy zauważyłem jak Harry, orientując się co robi Lou, zaczął robić dokładnie to samo. Rzucił się z poduszką na Zayna. Louis okładał akurat Liama i Nialla, bo spali jeden na drugim. W końcu wszyscy wstali a mnie strach sparaliżował.
Dalej nie potrafię wytłumaczyć tego wszystkiego. Nie wiem czego się tak bałem. Co mnie tak przerażało.
- Dobra, wstawać lenie...! - głośno mówił Lou – mamy nowego brata, którego musicie poznać.
Zakręciło mi się w głowie z tego wszystkiego. Złapałem się za głowę. Ja? Brat? JA?! Chryste, powietrza...!
Lou bezczelnie wytknął mnie palcem.
- Artur to ten chłopak z gazety, który ma z nami jeździć. A tamto... - wskazał paluchem na śpiącą Agatę – to jego koleżanka z pracy. Mówi że wygląda lepiej jak nie śpi.
Kabinę przerwał ryk śmiechu. Agata chrapnęła a gruby pukiel włosów opadł jej na czoło tak, że przypominała jednorożca po przejściach.
- On pracuje w gazecie? - spytał Niall, trąc oczy – Za młody jakiś. Co to za ściema? Lou, to twój nowy chłopak?
W odpowiedzi Niall dostał w łeb poduszką. Uśmiechnąłem się.
- Nie, naprawdę pracuję w gazecie. I wcale nie jestem taki młody. Jestem w jego wieku – powiedziałem wskazując brodą Louisa.
- No to rzeczywiście, dinozaur... - wymamrotał Liam, drapiąc się po nosie.
- No właśnie... - mruknął Zayn, potężnie ziewając.
I tym razem poduszka Louisa trafiła prosto w twarz mnie. Poczułem się jakoś lepiej, luźniej.
- Patrzcie, jeszcze nie zaczęliśmy, a on się już ze mnie śmieje...! - grzmiał Lou złowrogo.
- Znaczy że swój! - powiedział Harry wstając i podając mi rękę.
Ciężko było mi wyjść z szoku, że to wszystko przebiega tak normalnie. Jak spotkanie ze znajomymi przy piwie. Chyba było to po mnie widać.
- Stary, wszystko w porządku? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha... - powiedział Lou, przysuwając się do mnie – Albo Harry'ego rano... - dodał.
Parsknąłem śmiechem tak głośno, że Agata zachrapała i obudziła się. Odgarnęła włosy z twarzy, przetarła oczy i zorientowała się, że ja i cała piątka wychylamy się zza foteli i przypatrujemy się jej z wyraźnym zainteresowaniem. Mieliśmy niezłą zabawę przyglądając się dziewczynie. Na jej twarzy najpierw pojawił się wyraz niebotycznego zdziwienia. Potem znowu przetarła oczy, patrząc na nas dziwnie. Potem rozległ się krótki pisk, Aga podskoczyła na siedzeniu i schowała się za oparcie fotela.
- Co jej jest? - zapytał Niall, patrząc na mnie pytająco.
- Ah... cóż. Powiedzmy że bardzo was lubi.
- Fanka?! - rzucił Louis, wstając i idąc w stronę Agaty.
- Co on robi? - zapytałem dziwnym głosem.
- Zobaczysz... stara śpiewka... - mruknął Harry, wpatrując się w wyświetlacz iPhone'a.
Lou podbiegł do Agaty i mocno ją przytulił. Kiedy ją puścił, widziałem że jest bliska apopleksji, zawału serca, omdlenia, śmierci klinicznej i udaru mózgu. I to tego wszystkiego w jednym momencie.
- Ja muszę... ja muszę... muszę... do łazienki! - powiedziała po polsku nieprzytomnym głosem Agata, wybiegając z kabiny.
- Co ona mówi? Po jakiemu to było? - zapytał Zayn.
- Co? A. Po polsku, że musi do łazienki.
Cała piątka ryknęła śmiechem. Opowiedziałem im moją historię, zastrzegając, że na pewno nie jest tak niesamowita jak ich i że to bez sensu żebym ich zanudzał. Liam uparł się że mam opowiedzieć wszystko. Więc opowiadałem, głupio było mi odmówić jednemu, a co dopiero całej piątce. Minęło jakieś dwadzieścia minut i w drzwiach pojawiła się Agata. Poprawiła włosy, wyglądała naprawdę bardzo ładnie. Zauważyłem dziwny błysk w zielonych oczach Harry'ego. Zapamiętałem sobie ten moment, bo moja dziennikarska dusza podpowiedziała mi że to może się kiedyś przydać. Agata była zupełnie inną osobą. Teraz bardzo sztywna i bardzo profesjonalna, złapała z fotela notes i długopis i podeszła do nas.
- Mam na imię Agata i przez najbliższe trzy miesiące będziemy razem z Arturem wam towarzyszyć. To czysto służbowy wyjazd. Więc... - spojrzała na mnie – a ty może byś usiadł porządnie? Jesteś w pracy.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Leżałem na fotelach z nogami przewieszonymi przez boczne oparcie, a na moich kolanach opierał swoje nogi Niall. Minęło zaledwie jakieś pół godziny, a oni traktowali mnie jak swojego. To cieszyło mnie nawet bardziej niż moment w którym dowiedziałem się że zdałem prawo jazdy.
- Daj mu spokój dziewczyno, przecież widzisz że mu dobrze... - powiedział Liam, szczerząc zęby.
- No właśnie...! Widzisz, Niall mu dobrze robi – rzucił jadowicie Louis.
- Nic mu nie robię! - wrzasnął blondyn.
- Yhm, yhm... - zamruczał Zayn – jak zawsze. Ty nigdy nic nie robisz.
Niall oburzył się i miał zamiar walnąć Malika w twarz, ale nie starczyło mu ręki i zwalił się z fotela. Spod wielkich siedzeń wystawały mu tylko nogi. Spojrzałem na Agatę. Była dziwnie oschła i zimna. Ceniłem ją za jej profesjonalizm. Ale dziwiłem jej się w tej chwili. Tak czekała na ten moment. Inaczej to wszystko sobie wyobrażałem. Harry dziwnie milczał, wciąż wbijając wzrok w iPhone'a.
- Widzisz? Ogarnij się i przestań udawać – powiedziałem do Agaty po polsku, za chwilę znowu przechodząc na angielski – przepraszam chłopaki, ale tego się nie dało powiedzieć po angielsku.
- A o co chodziło? - zainteresował się Tomlinson, unosząc lewą brew.
- Nie ważne, serio – odpowiedziałem szczerząc się w szerokim uśmiechu.
Chyba trafiłem w czuły punkt. Aga wyraźnie poczuła się urażona. Usiadła na fotelu, założyła nogę na nogę i otwierając notes utkwiła pytające spojrzenie w Maliku. Znałem ten numer. Zaraz zacznie się wywiad. Poprosiłem Nialla żeby zabrał nogi z moich kolan, bo czas się brać do pracy.
- Jakiej pracy?
- No... wiecie. My tu pracujemy. Możemy zrobić parę zdjęć? - zapytałem, sięgając po aparat i machając nim w powietrzu.
- Teraz? O nie, mam kiepskie włosy...! - zaprotestował Zayn.
- Daj spokój, bywało gorzej – powiedział na to Harry, odzywając się pierwszy raz od dłuższego czasu. Agata spojrzała na niego dziwnie. Coś tu się działo. Nie wiedziałem wtedy co.
- Dobra. Zdjęcia mogą być. Ale robimy sobie je wszyscy, razem, albo coś. Dawaj aparat – powiedział stanowczo Lou, wydzierając mi pięćsetkę z ręki. Jęknąłem w duchu. Jeśli coś się z nią stanie, naczelny mnie powiesi. Po czym natychmiast zrobiłem wielkie oczy, bo Lou wycelował aparat we mnie i zrobił zdjęcie.
- Pokaż mi to, czekaj, co ty robisz... - zaprotestowałem, wyciągając rękę po urządzenie.
- Bardzo ładne stopy, Niall – powiedział Lou, przyglądając się zdjęciu.
- Co?! - wymamrotał blondyn z ustami pełnymi czipsów.
Zażądałem demonstracji. Cóż. Zdjęcie było nawet dobre, tylko dlaczego przedstawiało moją twarz między stopami Nialla? Nie spodobał mi się ten fakt. Odważyłem się o tym powiedzieć, co poskutkowało kilkunastoma następnymi zdjęciami przedstawiającymi mnie i nogi Nialla.
Agata siedziała obok, wciąż z notesem i zimnym, zawodowym spojrzeniem i przypatrywała się naszym idiotycznym zachowaniom.
Ja osobiście bardzo dawno nie czułem się tak jak teraz. Od dwóch lat zajmowałem się tylko i wyłącznie pracą. Brakowało mi wygłupiania się z przyjaciółmi, dla których nie miałem po prostu czasu. Teraz, kiedy w końcu udało mi się rozluźnić i zapomnieć o natłoku obowiązków i pracy, obok siedziała Agata i tępiła mnie spojrzeniem. Wiedziałem że jest na mnie zła, ale nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. Przecież dobry reportaż polega na tym, żeby przedstawić wszystko jak najbardziej od środka. A bardziej w środku być, niż byłem teraz, chyba się nie da. Czułem się jak jeden z chłopaków. Byli wszyscy niesamowicie otwarci, mili i serdeczni. Niall zrobił sobie ze mnie podnóżek. Lou wciąż targał mi włosy. Liam wciskał mi czekoladę a Zayn dopytywał się cały czas, czego używam do włosów. Tylko Harry był dziwnie milczący i zdawał się odstawać od reszty. Postanowiłem o to zapytać jak będę miał okazję porozmawiać z nim sam na sam. O ile taka sytuacja będzie kiedykolwiek miała miejsce. Moje filozoficzne przemyślenia przerwała stewardessa Stacey, która pojawiła się w przejściu między kabinami, pchając przed sobą wózek z napojami. Niall zerwał się z miejsca i porwał dwie puszki coli. Wrócił i rozsiadł się zadowolony, podtykając Liamowi pod nos dłoń zaciśniętą w pięść. Spojrzałem zaciekawiony. Blondyn otworzył dłoń na której leżała mała, plastikowa łyżka. Zacząłem śmiać się jak idiota, a Liam kręcąc nosem odsunął się od dłoni Nialla. A więc to prawda, on się naprawdę boi łyżek. Lou wciąż wojował z moim aparatem. Dobrze że wziąłem tą dużą kartę pamięci, inaczej byłoby po zabawie.
Agata była już wyraźnie poirytowana.
- Możemy chwilę porozmawiać? - spytała po polsku.
- Ee... no tak, mów.
- Nie tutaj. Chodź na korytarz.
Przeprosiłem chłopaków i zrzuciłem z siebie Zayna, który znowu zasnął śliniąc mi rękaw. Wyszliśmy na mały korytarzyk Boeninga.
- Możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz?
Spojrzałem na nią wzrokiem pełnym szczerego niezrozumienia.
- Jezu, o co ci chodzi, na litość boską? Nie widzisz jacy oni są w porządku? Zaufali nam, od razu. Spodziewali się jakichś starych zgredów, tak powiedział Horan. A okazało się że to my. Zaufali nam – powtórzyłem z naciskiem.
- Tobie zaufali.
A więc o to chodzi Agacie...
- Dziwisz mi się? To ty zachowujesz się jak wielka pisarka. Wyluzuj się dziewczyno, ogarnij. Po co udajesz? I to przed nimi? Jak chcesz zrobić dobry materiał będąc tak obojętną? Przecież wiesz że ten materiał będzie inny niż każdy który do tej pory robiliśmy.
Agata spojrzała na mnie wzrokiem pełnym złości.
- Nie. To jest jak wszystko inne. Tylko ty sobie za dużo pozwalasz Artur.
- Słucham?
- Przesadzasz.
Zdenerwowałem się. Nigdy nie podzieliła nas praca. Ale zanosiło się że ten moment właśnie nadchodził. Nie chciałem się z nią kłócić. Ale w obecnej sytuacji nie pozostało mi nic innego.
- Rozłam? - spytałem zupełnie poważnie.
W tym momencie zza zasłony w małe samoloty wyłoniła się głowa Louisa.
- Chcecie coś jeść? Bo przyszła dziewczyna i się pyta.
- Nie, dziękuję – rzuciła sucho Agata.
- Mi coś weź, obojętnie co – powiedziałem, wpychając twarz Lou z powrotem za zasłonę. Usłyszałem rechot.
- To co...? Rozłam? - zapytałem ponownie.
Rozłam oznaczał dwa osobne materiały. Każdy robił swój. Potem naczelny dostawał dwa i miał zdecydować który pojawi się w wydaniu. Do tej pory w czasie mojej współpracy z Agatą tylko raz zdarzył się rozłam. Raz na dwa lata. Ona wygrała, co puściłem mimo woli. Tym razem zapowiadało się zupełnie inaczej.Wiesz że to będzie wojna...Tak. Sama tego chcesz. Powodzenia – powiedziałem smutno i wróciłem za zasłonę. Agata weszła za mną i od razu dosiadła się do Jacka, agenta. Wycelowała w niego zabójcze spojrzenie oprawione w czarne okulary i zaczęła pytać. Ja z kolei udałem się prosto do chłopaków, gdzie czekała na mnie wielka porcja smażonego kurczaka.
- Słuchajcie... - zacząłem, przeżuwając martwą kurę – mamy problem.
- Co? - wybulgotał Liam, obżerając się hamburgerem.
- Agata... znaczy, ta moja koleżanka... zdecydowaliśmy, że będziemy pracować nad materiałem o was osobno. Nie wiem czy wam to przeszkadza...
- Jak tak chcecie, to nie ma problemu – żąchnął się Niall, wydłubując sobie coś z zębów.
- Ok...
Odwróciłem się w stronę, z której dobiegła odpowiedź. Harry siedział w zapiętym pod nos golfie, tak że wystawały mu tylko oczy. Coś wyraźnie się z nim działo.
Zjedliśmy obiad do końca, naczynia zniknęły. Kiedy Stacey zabierała naczynia z moich kolan, rzuciłem jej złośliwe spojrzenie i pokręciłem głową. Nie zapomnę jej tych dwustu funtów. Uśmiechnęła się i wyszła z kabiny. Ziewnąłem.
- Oho, ktoś tu jest śpiący... - wyszczerzył się do mnie Malik, który chwilowo się obudził.
- Nie, nie jestem – zaprzeczyłem, znowu ziewając. Cholera, teraz to mi nie uwierzą.
- Jesteś. Idź spać. Twoja koleżanka nieźle się wzięła do pracy widzę...
Odwróciłem się. Agata wciąż męczyła Jacka, po którym widać było że ma jej dość. Znałem jej metody pracy. Zawsze robiła świetny materiał, ale ludzie których przesłuchiwała, często dostawali białej gorączki przez jej pytania.
- Przypominam że pracujemy osobno. Zaraz pójdę, daj mi na chwilę aparat Lou – poprosiłem.
Dostałem do ręki canona i włączyłem podgląd zdjęć. Ustawiłem wszystko na automat, dzięki temu miałem pewność że większość z nich wyjdzie dobrze. I nie pomyliłem się. Zdjęcia były świetne. Nie tylko ze względów zawodowych. Byłem tam ja z nogami Nialla na głowie. Był tam Lou gryzący Liama w ucho i kawałek moich pleców. Była tam głowa Zayna a za nią Agata miażdżąca mnie wzrokiem. Był tam Lou siedzący mi na twarzy. Niall z twarzą pełną jabłka. Smutny Harry wpatrujący się w okno. To zdjęcie wykorzystam na pewno. Część zdjęć była tak idiotyczna, że można było umrzeć ze śmiechu patrząc na nie. Obiecałem sobie, że większość wydrukuję i powieszę u siebie na ścianie.
Niesamowite było to, że znałem ich kilka godzin. A czułem że jestem wśród przyjaciół. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko Agaty. Rozejrzałem się po kabinie, szukając jej wzrokiem. Siedziała na swoim miejscu i przepisywała notatki do komputera. No tak. Ona pracuje, a ja? Ja wydurniałem się z nowymi przyjaciółmi, żarłem kurczaka i biłem się poduszkami. Ale miałem zdjęcia. Gdybym miał wybór, żadne z nich nie trafiło by do redakcji, wszystkie zostawiłbym dla siebie. Nie miałem sumienia wykorzystywać zaufania chłopaków tylko po to żeby zarobić pieniądze. Gdybym mógł sobie na to pozwolić, zadzwoniłbym do naczelnego i powiedział że rezygnuję, że całość przejmuje Agata. Ale pensja dziennikarza nie pozwalała mi na trzymiesięczne wakacje w USA. Musiałem korzystać z tego co miałem.
Wciąż przeglądałem zdjęcia. Było ich prawie tysiąc czterysta. Nie usunąłem ani jednego. Wsadziłem kartę pamięci do torby, a na jej miejsce włożyłem nową. Zorientowałem się, że chłopaki, wykończeni szaleństwem, pospali się jak dzieci. Tylko Harry wciąż siedział w jednej pozycji, wpatrując się z horyzont za oknem. Poczułem jakiś taki niepokój, zastanawiając się co z nim się dzieje. Obróciłem się przez ramię, Agata wciąż zajęta była waleniem w klawiaturę i pisaniem. Wstałem, przysiadłem się do Harry'ego. Spojrzał na mnie i znów odwrócił się do okna.
- Stary... - zacząłem cicho – nie wiem czy powinienem, nie wiem czy w ogóle jestem tu dobrą osobą... Ale coś się dzieje?
Chłopak potrząsnął głową, odgarniając burzę loków z czoła. Odważyłem się spojrzeć w cholernie zielone oczy. Zobaczyłem tam smutek i jakieś takie rozżalenie. Nigdy nie zapomnę tego spojrzenia.
Milczał, przypatrując się mi.
Nie bardzo wiedziałem co mam dalej mówić, więc siedziałem tam jak ostatni matoł i wpatrywałem się w oparcie fotela przede mną. Nie było w żadnym stopniu zajmujące, ale wciąż się w nie wgapiałem. Liczyłem na to że Harry odezwie się pierwszy. Zaczynałem powoli przysypiać. Wygodne siedzenia pierwszej klasy wcale nie wpływały dobrze na trzeźwość umysłu. Każdy by zasnął.
Zamknąłem oczy, kiedy usłyszałem pociągnięcie nosem. Spojrzałem w lewo i zauważyłem że chłopak ociera oczy rękawem jasnego swetra. No nie, no tego to już było za wiele. Jeszcze tylko brakowało, żeby w pierwszym dniu naszej znajomości któryś z nich mi się rozpłakał. Spojrzałem szybko przez ramię na Agatę, której na szczęście nie było w zasięgu wzroku. Ta harpia pewnie od razu rzuciła by się na Harry'ego z notesem i długopisem, męcząc go pytaniami. Ja normalnie pewnie zrobiłbym tak samo, ale ogromna sympatia jaką poczułem do tych chłopaków całkowicie wykluczała ciągnięcie kogokolwiek za język, zwłaszcza w takiej sytuacji jak teraz.
- Harry, co jest? Nie płacz, nie warto. Mów o co chodzi. Obiecuje że to nie jest związane z moją pracą... - na dowód moich słów odłożyłem aparat obok i złożyłem ręce na kolanach.
Chłopak spojrzał na mnie, niemrawo się uśmiechnął kiwając głową. To jeden z tych uśmiechów w stylu „nie martw się, będzie dobrze”. Nie lubiłem takich uśmiechów. Czułem się zbywany i miałem wrażenie, że on oszukuje sam siebie.
- Nie nic. Zupełnie nic – powiedział, uśmiechając się znowu i pociągając nosem.
Spojrzałem dziwnie, bo nie wydawało mi się żeby to było „nic”. Ale nie drążyłem tematu. Kontynuowałem wgapianie się w oparcie fotela przede mną. Wkrótce usłyszałem chrapanie. Zasnął.

Piątek, 11:20. O'Hare International Airport, Chicago.

Wytoczyliśmy się z samolotu, powłócząc nogami i potykając się o własne buty. Nigdy więcej nie mam zamiaru lecieć takim lotem. To zdecydowanie zbyt długo. Jeszcze bez międzylądowania. Chryste... nie czułem pleców, nie czułem tyłka, nie czułem karku. Wyszliśmy z rękawa, za sobą słyszałem Agatę która strzelała pytaniami w Zayna. Mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem.
Rozmawiając sobie w najlepsze z Niallem, minęliśmy bramki przy wejściu na halę przylotów. To co wydarzyło się sekundę później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Potężny ryk, pisk, huk i dźwięk trąb jerychońskich prawie zwalił mnie z nóg, aż zatrzymałem się i mrugnąłem oczami. Tak. Tego się nie spodziewałem. Setki dziewczyn tłoczyło się w hali przylotów, z transparentami, plakatami, płytami i całym innym osprzętem związanym z One Direction. Ogłuszony hałasem wrzasnąłem do Nialla, żeby mnie trzymał bo oszaleję. Dostałem po oczach setkami lamp błyskowych a lampki autofocusa kamer wideo wycelowane w nas wyglądały jak punkty celowników laserowych na broni antyterrorystów. Postanowiłem wyciągnąć aparat i całe to zbiegowisko sfotografować. Strzelałem aparatem na prawo i lewo, próbując uchwycić jak najwięcej. Poczułem że ktoś łapie mnie za rękę i odciąga na bok. I dobrze się stało, bo w miejscu w którym stałem przed chwilą zmaterializowała się jakaś dziewczyna, piszcząc tak że mało nie zaczęły krwawić mi uszy. Naszła mnie ochota wyrwać jej gardło. Ale niestety, nie zdążyłem tego zrobić bo wielki facet w garniturze zagrodził jej drogę, oddzielając ją od zespołu. I ode mnie.
Odbiła się od niego jak piłka i runęła na podłogę. Byłem w swoim żywiole. Migawka aparatu pstrykała jak oszalała, kiedy pod ramieniem ochroniarza robiłem zdjęcia leżącej dziewczynie. Tłum napierał a jeden ochroniarz przestawał dawać sobie radę. Postanowiłem się na coś przydać. Przewiesiłem aparat przez ramię i zasłaniając sobą Harry'ego odepchnąłem dwie grube Amerykanki, zamierzające chyba nas stratować swoimi cielskami. Przez myśl przebiegło mi tylko pytanie, co one muszą jeść że są tak grube. Zaraz potem poczułem że pasek mojego aparatu wbija mi się w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem że wisi na nim jakaś dziewczyna.
Pojawiły się posiłki. Czterech facetów wielkich jak Mount Everest, wszyscy ubrani w identyczne czarne garnitury i ciemne okulary odcięli nas od lawiny fanów. Poczułem się jak pędzone bydło. Szybko wyprowadzili nas wszystkich z budynku lotniska i wpakowali do wielkiego amerykańskiego busa, który stał już przed wejściem. Rozejrzałem się wokół, szukając Agaty. Ochroniarz popędzał ją przed sobą, a każdy włos sterczał jej w inną stronę. Wyglądała na głęboko zszokowaną.
Klapnąłem na siedzenie obite podróbą skóry i dostałem po głowie wskakującym do auta Louisem
- Chryste, co to było?! - zapytałem przerażony. - To tak zawsze?
Lou spojrzał na mnie i jakby nigdy nic powiedział, że to wszystko było jeszcze nic. Przeraziłem się bardziej na myśl o tym co mnie czeka przez najbliższe miesiące. Skoro to, co przed chwilą cudem przeżyłem, było niczym, to ja wolę nie wiedzieć co będzie dalej.
Ochroniarz wepchnął Agatę do auta, zatrzasnął drzwi i samochód ruszył. Momentalnie otoczył nas szpaler fanek. Piszczały, darły się w niebogłosy, a ja zadowolony z siebie, strzelałem zdjęcia przez okno. Dobrze że go nie otworzyłem, bo by na pewno nas wydłubały z tego samochodu.
Spojrzałem na chłopaków. Wydawali się wcale tym wszystkim nie przejmować a Zayn spał. Znowu. Pomyślałem, że to najbardziej idiotyczne co mogło być.
W końcu setki fanek zniknęły a nasze auto toczyło się autostradą z jakąś porażającą prędkością. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo samochód był tak potwornie wygodny i idealnie wyciszony, że prędkości nie czuło się zupełnie. Agata kontynuowała molestowanie pytaniami chłopaków a ja, z nosem przyklejonym do szyby patrzyłem na największe miasto jakie w życiu widziałem. Chicago było przepiękne.
Piątek, 14:27, zaplecze hotelu Hilton, Chicago.
Po raczej długiej jeździe auto zatrzymało się dość gwałtownie, co spowodowało ostry ból mojego nosa, który wciąż trzymałem milimetry od szyby. Trzymając się za nos, usłyszałem jak ktoś mówi że jesteśmy na miejscu i otworzyłem drzwi. A raczej próbowałem otworzyć, bo były zamknięte. Nigdy nie czułem się dobrze w zamkniętym samochodzie. Nawet teraz, siedząc z chłopakami w tym wielkim amerykańskim krążowniku szos.
Już chciałem rozdziwić gębę i pytać o co tu chodzi, kiedy drzwi otworzył ktoś z zewnątrz a mnie oślepił porażający blask amerykańskiego słońca. Wystawiłem głowę na zewnątrz i rozejrzałem się. Jeśli tak wyglądają dobre amerykańskie hotele, to ja dziękuję, ale wolę mieszkać w szopie.
Jakieś mało reprezentatywne śmietniki, z których wysypywały się śmieci, odrapane, okratowane drzwi i wielki hałas klimatyzatorów, które jakiś kretyn upchnął w jednym miejscu. Podniosłem aparat do oczu, zrobiłem kilka zdjęć kiedy z samochodu wysypali się pozostali z Agatą na czele, której włosy wciąż kojarzyły mi się z kłębem splątanego drutu.
Musiałem wyglądać na naprawdę zszokowanego, bo podszedł do mnie Jack i spytał o co chodzi.
- Nie, no w porządku, ale... to jest ten dobry hotel? Wygląda raczej bardzo mizernie.
Jack roześmiał się tak głośno, że wszyscy spojrzeli się w naszą stronę.
- To jest tylne wejście! Zawsze wchodzimy tyłem, unikamy zamieszania. Zresztą, za chwilę pewnie zobaczysz o co mi chodzi... - uśmiechnął się tajemniczo i machnął ręką na dwóch wielkich ochroniarzy stojących przy drzwiach samochodu. Jeden z nich zniknął w budynku, drugi podszedł do nas i stał jak posąg. Przez myśl zdążyło mi przebiec tylko, ile oni muszą zarabiać że godzą się na takie rzeczy, po czym moje rozmyślania przerwał powrót pierwszego goryla w garniturze. Kiwnął głową. Poczułem jak ktoś kładzie ręce na moich plecach i pcha mnie do przodu. Rzuciłem okiem przez ramię gdzie zobaczyłem wyszczerzone zęby Nialla.
- No idź! Co stoisz? Ruchy!
Nie protestowałem, wszedłem po lichych schodkach do wewnątrz i uderzył mnie zapach smażonych frytek. I to tak intensywny, że obiecałem sobie że nie tknę już frytek do końca życia.
Dostaliśmy klucze do pokojów, każdy rozszedł się w swoją stronę. Jak się okazało, miałem wspólny pokój z Agatą. Po naszej kłótni średnio chciało mi się z nią mieszkać. Usłyszałem stukanie obcasów za sobą i wiedziałem że to ona biegnie za mną żeby się nie zgubić. Hotele, zwłaszcza te duże raczej ją przytłaczały. Nie zwracając na niej większej uwagi, szedłem przed siebie szukając pokoju. Moja orientacja w terenie też czasami zawodziła, więc podszedłem do pokojówki która walczyła z odkurzaczem i spytałem gdzie jest mój pokój. Odwróciła się, zbladła i zaczęła się jąkać. Jak na moje oko miała może ze dwadzieścia pięć lat. Pokazała mi palcem i uciekła. Zdziwiłem się cholernie, no ale cóż miałem zrobić. Poszedłem w tą stronę w którą pokazała i wszedłem do pokoju. Mało się nie przewróciłem z wrażenia.
Jeśli to jest zwykły, dwuosobowy pokój, to ja chcę w takim mieszkać przez całe życie. Wyglądał jak apartament królewski w Sobieskim w Warszawie. A w tym hotelu podobno były lepsze. Rzuciłem torby i z rozpędu wskoczyłem na łóżko. Cieszyłem się jak dziecko.
W drzwiach stanęła Agata, wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta żeby coś powiedzieć. Spojrzała na mnie, zamknęła jadaczkę i podeszła do wielkiego stołu stojącego na środku pokoju. Położyła na nim swoje rzeczy i spojrzała na mnie wzrokiem pełnym... nie wiem czego. Nie potrafiłem rozwikłać tajemnicy tego spojrzenia.
- Co? - spytałem w końcu, bo zaczynałem się denerwować tym że nie wiem o co chodzi.
- Wiesz... - zaczęła Agata, ale nie zdążyła skończyć.
Drzwi, które za sobą zamknęła, otworzyły się z hukiem i wpadł do środka uśmiechnięty od ucha do ucha Harry, a zaraz za nim Zayn z wielką poduszką nad głową. Zatrzymali się i rozejrzeli wokół.
- Nie ten pokój panowie? - padło ze strony Agaty.
Harry momentalnie zmienił wyraz twarzy. Zrobił się poważny, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Znowu się poirytowałem. Na litość boską, o co tu chodzi?! Zayn natomiast rzucił poduszką w Agatę i wskoczył na łóżko. Podskoczyłem na materacu.
- Schudnij, gamoniu – mamrotałem, próbując opanować sprężynowanie łóżka.
- Sam sobie schudnij!
- Nie. Nie chce mi się.
Malik zaczął się śmiać i powiedział że ich pokój jest naprzeciwko, dlatego się pomylili i weszli do nas. I że mam tam przyjść zaraz. Rzuciłem okiem na Agatę, pokiwała głową i mówiąc że dokończymy rozmowę potem wyszła do łazienki.
Podniosłem tyłek z koszmarnie wygodnego łóżka, złapałem ze stolika aparat i wyszedłem. Wiedziałem że z canonem nie mogę się rozstawać, zbyt wiele okazji na dobre zdjęcia. Na środku korytarza palnąłem się w czoło i wróciłem do pokoju. Skoro jesteśmy już w hotelu, nie grożą mi napalone fanki One Direction, nikt mną nie rzuca i nie szarpie, mogę zacząć używać mojej ulubionej jedynki. Otworzyłem sztywną torbę i uradowany wyciągnąłem kochanego Eos'a 1D Mark III i podpiąłem do niego jasny, szerokokątny obiektyw. Z lampy zrezygnowałem.
Zapukałem do drzwi pokoju chłopaków. Rozległo się stłumione „enter” więc wlazłem.
Pokój przedstawiał się mniej więcej jak krajobraz poatomowy. Porozwalane wszędzie ubrania, but na szafce nocnej, but na parapecie, sterta butów na środku pokoju, poduszki na podłodze i pełno papierków i śmieci. No tak, w końcu gwiazdy rocka. Siedzący na parapecie Niall drapał się po nosie, Harry klęczał przy walizce z głową w środku, tak że wyglądało to jakby walizka właśnie pożerała mu twarz. Liama nie było, natomiast Zayn wpierdzielał jakieś czipsy. Bez zbędnych pytań strzeliłem kilkanaście ogólnych zdjęć i podtykając aparat pod nos wciąż drapiącemu się Horanowi zrobiłem mu tak bezczelne zdjęcie, że obiecałem sobie że oprawie ja i powieszę na ścianie. Oglądając je później, za każdym razem umierałem ze śmiechu.
Dostałem w łeb od blondyna, po czym Lou w podskokach podszedł do mnie i zabrał mi aparat.
- Co to? Jaki wielki!
Mało nie trafił mnie tam szlag, jak widziałem jak macha nim we wszystkie strony. Jęknąłem w duchu, wyciągając rękę po aparat, co poskutkowało tym że dostałem po łapach i Tomlinson zrobił mi zdjęcie. Pomyślałem że można to wykorzystać.
- Chcesz mi pomóc? - spytałem.
- Jak?
- Dostaniesz aparat i rób zdjęcia.
- Nie umiem...! - zaprotestował Louis, kręcąc coś w ustawieniach aparatu. Znowu skręciło mnie w środku.
- Umiesz. Robisz bardzo ładne zdjęcia stóp Horana.
- No dobra... to co, tym?
- NIE! - wyrwało mi się dość głośno.
Harry wystawił łeb z walizki, spojrzał na mnie i spytał, kogo mordują. Kazałem mu się nie wcinać i dalej kopulować twarzą z walizką, po czym obiecałem Louisowi że dostanie inny, ten którym bawił się w samolocie. Ucieszył się, co ucieszyło też mnie. Zawsze to zwiększa moje szanse na dobre zdjęcie, zwiększa dwukrotnie, a to już dobry wynik.
 
Lou wydawał się przejęty nową rolą fotografa i zażądał zacząć już zaraz. Kazałem mu iść do mnie do pokoju i wziąć sobie aparat ze stolika. Zniknął za drzwiami, podskakując.
Ja natomiast zwróciłem aparat w stronę pożeranego przez walizkę Harry'ego i zrobiłem kilkanaście zdjęć. Będzie z czego wybierać.
- Czego ty tam szukasz? - burknąłem zza aparatu, celując w Malika wsypującego sobie do ust okruszki czipsów.
- Skarpetek.
Zaśmiałem się tak że naplułem sobie na aparat. Wytarłem go rękawem akurat w momencie, w którym pokój wypełnił potężny błysk. Pociemniało mi w oczach i zastanawiałem się gdzie jestem.
Kiedy w końcu moje oczy wróciły do normalności, zobaczyłem Louisa który stał w drzwiach i wyglądał na zszokowanego. W ręku trzymał mój aparat, do którego przyczepił lampę błyskową.
- Co się stało...? - spytał zdziwiony.
- Lampa się stała! Po co ci ona?
- Bo fajnie wygląda... - burknął chłopak.
Od strony okna dało słyszeć się dziwne pomrukiwanie, pełne złości. Spoglądając w tamtą stronę, zobaczyłem Horana podnoszącego się z podłogi i trzymającego się za łokieć.
- Lou, ty kretynie, chcesz żebym się zabił?
- A co?
- Bo... bo spadłem... - powiedział kulawo Niall, przyglądając się swojej stłuczonej ręce.

Piątek, 17:32, Atrium Mall, Chicago.
Czekaliśmy na ochroniarzy, którzy mieli wprowadzić chłopaków na salę, w której mieli podpisywać płyty i spotkać się z fanami. Wielkie, największe jakie widziałem w życiu, centrum handlowe dosłownie trzęsło się od wrzasków fanów, które – mimo zamkniętych drzwi przed nami – były bardzo dobrze słyszalne. Aparat przygotowany, akumulatory naładowane, Agata uzbrojona w małą kamerę wideo, elektroniczny notes i swoje czarne okulary obok mnie i totalnie niestresujący się chłopcy. Mnie tam roznosiło we wszystkie strony, bo nie wiedziałem czego się spodziewać. Oni natomiast byli przyzwyczajeni, i zajmowali się swoimi sprawami. Drzwi otworzyły się wpuszczając do środka hałas porównywalny chyba tylko do hałasu startującego odrzutowca. Do małego pomieszczenia w którym staliśmy weszło sześciu ochroniarzy tak wielkich, że mimo moich 185 centymetrów wzrostu poczułem się tak, jakbym w ogóle go nie miał.
Dwóch stanęło przy drzwiach, jeden trzymał ciężkie skrzydło a reszta wyprowadziła nas do głównego holu Atrium Mall. Ryk, jaki rozległ się w momencie kiedy cała piątka wchodziła na przygotowany dla nich podest, przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nie zwracając uwagi na moje krwawiące uszy, przytknąłem aparat do oczu i zacząłem to, co lubię najbardziej. Tysiące ludzi, hałas, brak planu i ja z aparatem. Fotoreportaż to najlepsze co istnieje.
Tańczyłem z aparatem między ochroniarzami, ludźmi, krzesłami, sztucznymi palmami i śmietnikami. Cieszyłem się i perfidnie szczerzyłem się do innych fotografów. Ja jako jedyny miałem przepustkę od zespołu. Cała reszta paparazzich stała za wielkimi, stalowymi barierkami które byłyby chyba w stanie utrzymać słonia. A ja bezczelnie uśmiechałem się do nich, podtykając obiektyw pod same nosy chłopaków.



Piątek, 22:43, restauracja hotelu Hilton Chicago.
- Moim zdaniem musimy pogadać z naczelnym...
- Też mi się tak wydaje. Bo mi się przestaje to podobać. - powiedziała Agata, bawiąc się kieliszkiem.
Siedzieliśmy przy późnej kolacji. Dowiedzieliśmy się że naczelny zadecydował, że trzy miesiące delegacji są zbyt kosztowne i postanowił wrócić nas do Polski po miesiącu. Dla mnie osobiście była to wiadomość, która rozwścieczyła mnie bardziej niż cokolwiek do tej pory. Zbyt związałem się z chłopakami, żeby ich teraz zostawić. No i co powie Lou, jak dowie się że już nie jest fotografem?! Poza tym, nienawidzę zostawiać materiałów otwartych albo kończyć ich wcześniej niż to planowałem. To tak jakby zacząć czytać dobrą książkę i skończyć na dwadzieścia stron przed końcem. Idiotyzm!
Z Agatą pogodziliśmy się po materiale z Atrium. Bez sensu było pracować osobno. Lepiej szło nam razem. Postanowiłem zapytać ją o coś, co już od samego początku mnie nurtowało. Nie wiedziałem jak zacząć, stwierdziłem że będę walił prosto z mostu.
- Co jest między tobą a Harry'm?
Agatę zamurowało totalnie. Spojrzała na mnie zdziwiona, robiąc wielkie oczy. Chyba w miękkie dostała.
- A co ma być?!
- No... bo sama wiesz jak on się zachowuje przy tobie a jak, kiedy jest sam albo ze mną czy z chłopakami.
Dziewczyna zamyśliła się głęboko, patrząc w plecy kelnera obsługującego inny stolik.
- Nie mam pojęcia o co chodzi... naprawdę nie wiem.
Wtedy jej uwierzyłem.
- Bo mnie to osobiście martwi. Dobra, mniejsza o to. Kto dzwoni do naczelnego?
- Ty, oczywiście że ty!
- No ok... - odparłem, marszcząc nos.
- Idziemy?
- Idziemy, ja od razu do niego zadzwonię...

Sobota, 8:34, przed wejściem hotelu Hilton, Chicago.

Ze względu na to że dzisiaj zespół siedział w jakimś radiu, do którego kategorycznie odmówiono mi i Agacie wstępu, mieliśmy pół dnia dla siebie. Przemęczyłem się, wstałem bardzo wcześnie i postanowiłem pozwiedzać okolice. Aparat w ręku, jakieś pieniądze, papierosy w kieszeni.
Zjechałem windą na sam dół, pomachałem recepcjonistce kartą meldunkową i wyszedłem na zewnątrz. I znowu się zdziwiłem. Rozległ się jakiś pisk i zobaczyłem grupę dziewczyn biegnących w moim kierunku z wyraźnie niecnymi zamiarami. Zdążyłem tylko jęknąć w myślach, wołając ratunku, cofnąłem się o jeden krok i już byłem otoczony wianuszkiem rozwrzeszczanych nastolatek. Darły się jak gdyby ktoś obdzierał je ze skóry. Mało tam nie zwariowałem. No dziewczyny nie uderzę, więc automatycznie nie przepcham się przez nie. Do hotelu też nie wrócę, bo miałem odcięty odwrót. Zdenerwowałem się tymi wrzaskami i kategorycznie zażądałem ciszy.
Nic to nie dało, wydarłem się więc jak potrafiłem najgłośniej. To poskutkowało, dziewczyny przestały kłapać jadaczkami, więc wykorzystałem moment i zapytałem czego do licha chcą ode mnie.
- No jak to? One Direction!
- I co z tego?
- No jak to co! Daj nam ich autografy! I swój! - powiedziała jedna, wyjątkowo gruba i wyjątkowo pryszczata, wciskając mi w rękę zdjęcie Zayna i marker. Oddałem jej to z powrotem.
- Nie, nie mogę... - próbowałem zaprotestować.
- Możesz, możesz! - krzyczała inna.
- Załatw nam spotkanie! - darła paszczę jeszcze inna.
Szlag mnie mało tam nie trafił ze złości. Wystękałem przez zaciśnięte z nerwów zęby że zobaczę co da się zrobić, rozepchnąłem je i wróciłem do hotelu. Skoczyło mi ciśnienie, więc moim sposobem, który daje efekty wręcz odwrotne, postanowiłem napić się kawy żeby się uspokoić. Skierowałem się do bufetu, rzucając pod nosem najgorsze polskie przekleństwa jakie tylko przyszły mi do głowy. W drzwiach baru stał świecący się kelner, czy może kamerdyner albo jakiś inny burżujski wynalazek. Ukłonił się i zapytał, w czym może pomóc. Powiedziałem że nie potrzebuje stolika, że chcę napić się kawy przy barze. Spojrzał na mnie dziwnie i powiedział że to restauracja dla gości hotelowych. To jeszcze bardziej podniosło mi ciśnienie, zawsze byłem nerwowy. Wyszarpnąłem z kieszeni kartę do pokoju, pomachałem mu nią przed nosem i dopiero wtedy zaprowadził mnie do stolika, przy którym w końcu zdecydowałem się usiąść. O tyle mi pasował, że od całej sali osłaniała mnie wielka kupa roślinności posadzona w potężnej, drewnianej donicy. Dostałem wielką filiżankę kawy i wielką gazetę która okazała się świeżym egzemplarzem Chicago Tribune. Ucieszyłem się, bo w końcu udało mi się dorwać jakieś miejscowe wydawnictwo. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy na którejś z pierwszych stron zobaczyłem wielkie zdjęcie One Direction i mój łeb zaraz obok nich. Wlepiłem wzrok w artykuł, w którymś jakiś durny pismak zasugerował że jestem nowym członkiem zespołu. Nigdy nie lubiłem czytać gazety która leży na stole, zawsze musiałem trzymać ją przed oczami. Poprawiłem się na wygodnym krześle, podniosłem ten szmatławiec i wczytałem się w artykuł.
Moje plany wycieczkowe szlag trafił, bo do kawy dostałem wielki kawał ciasta czekoladowego i było mi tak dobrze, że nie chciało mi się już nigdzie ruszać. Siedziałem, czytając wciąż to codziennie chicagowskie tomiszcze, kiedy usłyszałem głos Agaty. Automatycznie podniosłem rękę, żeby widziała gdzie jestem, ale zaraz potem przypomniało mi się że siedzę za prawdziwą dżunglą i nie ma takiej możliwości, żeby mnie zobaczyła. Nie chciałem zgubić momentu, w którym przerwałem czytanie, więc wydłubałem z kieszeni długopis i podkreśliłem fragment tekstu. Wstałem i wspinając się na palce, spojrzałem ponad gąszczem roślinności na salę, gdzie spodziewałem się szukającej mnie Agaty.
I właśnie wtedy trafił mnie szlag jasny, dostałem zawału serca i otworzyłem jadaczkę ze zdziwienia. Chyba nawet wtedy usiadłem, teraz już nie pamiętam.
Otóż, rzeczywiście, była tam Agata. Z tą różnicą, że zdecydowanie nie szukała mnie. Przy stoliku w kącie restauracji siedziała ona i... Harry. Tak, słynny Harry Styles siedział sobie przy stoliku z moją koleżanką z pracy. Na początku mnie to nie zdziwiło, w końcu pracujemy nad materiałem o One Direction, więc może robi jakiś wywiad albo coś.
Spojrzałem na zegarek, była już prawie czternasta. Złapałem się za głowę, Chryste panie, ile czasu ja tu siedzę już! Durna gazeta, pół dnia diabli wzięli. Zezłościłem się sam na siebie i postanowiłem podejść do nich do stolika. Wstając zauważyłem jednak coś, co wyraźnie mówiło „siedź tu i weź aparat do ręki. Rób zdjęcia!”.
Bo oto moja koleżanka z pracy, która jeszcze wczoraj wieczorem deklarowała mi w żywe oczy, że nie wie co się dzieje z Harry'm, siedziała w sposób jednoznacznie stwierdzający że wie co się z nim dzieje. Trzymając go najnormalniej w świecie za rękę, patrząc mu w oczy i bawiąc się jego loczkowaną grzywką, jasno dawała mi do zrozumienia że zrobiła mnie bezczelnie w konia.
„O ty małpo...” przebiegło mi przez myśl, kiedy chwytałem aparat i wystawiając obiektyw przez chaszcze, robiłem zdjęcia. Już ja jej pokażę...
Siedziałem w tych hotelowych krzakach z aparatem i z zapałem dokumentowałem każdą sekundę podejrzanej randki. Śmierdziało mi tu coś na kilometr. Nie wiedziałem jeszcze co to jest dokładnie, ale było absolutnie jasne że coś jest nie w porządku.
Agata wpatrywała się w chłopaka głodnym wzrokiem. Takie spojrzenie kojarzy mi się z głodnymi kambodżańskimi dziećmi i ich reakcja na widok bochenka chleba, czy co oni tam jedzą. Harry natomiast był zupełnie normalny, nie przejawiał żadnych wybuchów emocji.
Tupałem w tej gęstej roślinności z niecierpliwością i czekałem aż zacznie się coś dziać. Dobra, Agata była moją przyjaciółką, Harry od niedawna dobrym kumplem. Ale poczułem się w stu procentach w pracy, w końcu byłem dziennikarzem. Czułem się jakby ta dwójka siedząca w pięknej restauracji była dla mnie zupełnie obca, nie różnili się w zupełności od ludzi, którym normalnie robię zdjęcia ukryty w innych krzakach czy czymkolwiek.
Opamiętałem się dopiero, kiedy gdzieś zza moich pleców usłyszałem kasłanie. Odwróciłem się i z roztargnieniem spojrzałem na kelnera który stał przy stoliku z rachunkiem i patrzył na mnie spojrzeniem, które wyraźnie mówiło że moje zachowanie jest wybitnie nie na miejscu i zaraz mnie wyrzuci. Przyłożyłem palec do ust i podszedłem do kelnera. Szeptem wyjaśniłem mu co robię i gdzie pracuję, pokazałem mu nawet przepustkę która obowiązywała wszędzie gdzie kręcili się chłopcy z One Direction a z którą się nie rozstawałem. Widać było mu to za mało. Już otwierał gębę żeby coś powiedzieć, kiedy wcisnąłem mu w rękę pięćdziesięcio dolarowy banknot. Uśmiechnął się i poszedł precz. Zdążyłem tylko pomyśleć, że łapówkarstwo zaraz wejdzie mi w nałóg. Wróciłem do moich krzaków i z przerażeniem stwierdziłem, że ani Agaty, ani Hazzy już tam nie ma. Złapałem się za głowę i łapiąc bluzę z krzesła wybiegłem z restauracji. Rozejrzałem się po wielkim hotelowym holu w poszukiwaniu mojej tajemniczej pary. Swoją drogą, zastanawiająca jest ta amerykańska megalomania. Wszystko muszą mieć największe. Postanowiłem później zastanowić się nad tym faktem.
Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie oni mogli zniknąć. Chicagowski Hilton był tak wielki, że z powodzeniem mogłem ich szukać, a nie znalazłbym ich pewnie do śmierci. Zły na siebie podszedłem do windy i pstryknąłem guzik przyzywający kabinę. Stałem tak, dłubiąc coś w aparacie, kiedy usłyszałem za sobą pisk. Odwróciłem się z aparatem gotowym do strzału i zobaczyłem jakąś dziewczynę wypychaną z holu przez ochroniarza. Kilka metrów dalej stała Agata i Harry. Nie wiem czy mnie zauważyli czy nie, jednak nie dali po sobie niczego poznać i zniknęli w korytarzu prowadzącym – jak się potem okazało – do hotelowego ogrodu w którym mieściła się kolejna kawiarnia. Poczułem się jak myśliwy na polowaniu.
- Teraz was mam... - mruknąłem do siebie. Angielski zaczął zastępować polski, nawet z Agatą coraz częściej odchodziliśmy od ojczystego języka. Przebywanie wśród ludzi którzy mówią tylko po angielsku niejako wymusza przestawienie się. Byliśmy w zdecydowanej mniejszości, więc musieliśmy się dostosować do panujących warunków. Moje filozoficzne przemyślenia przerwało pytanie, które zadziałało na mnie jak kubeł zimnej wody.
- Kogo masz?
Odwróciłem się bardzo zdziwiony i zobaczyłem wyszczerzoną gębuchę Liama. Matko święta, jak tu siedzę, że nie wiedziałem kto to jest, tak się skupiłem na polowaniu na Agatę i Harry'ego. Chwilę mi zajęło zanim zrozumiałem że to on.
- Ich, tamtych tam... - powiedziałem niezbyt inteligentnie – ty, powiedz mi, o co chodzi z Harry'm?
- Co?
- No bo on coś z Agatą.
- Serio?!
- No patrz... - włączyłem podgląd zdjęć i pokazałem mu te, które zrobiłem siedząc w krzakach w restauracji.
- Hmmmmm... - zamyślił się chłopak – nie wiem o co tu chodzi. Jak coś będziesz wiedział, to daj znać, ja idę popływać.
Pomachał mi ręcznikiem i poszedł precz a ja jak torpeda ruszyłem za Agatą i Harry'm.
Pomyślałem sobie że jak tak dalej będzie, to nigdy ich nie złapię, bo wciąż ktoś mi przeszkadza. Coś tknęło mnie że może warto by poleźć za Liamem na ten basen, takich zdjęć jeszcze nigdzie nie widziałem, ale coś mi podpowiadało żeby jednak drążyć temat tej dwójki, która znowu zniknęła mi z oczu. A ja znowu się zdenerwowałem.
Idąc dość szybkim krokiem przez potężny i pięknie zdobiony korytarz napatoczyłem się na pokojówkę. Wyglądała mi na jakąś Meksykankę lub Brazylijkę. Spytałem ją czy nie widziała tutaj gdzieś pary i dużej ilości włosów. Odpowiedziała mi po angielsku, ale z takim zabawnym akcentem i szykiem zdania, że mało brakowało a udusiłbym się tam ze śmiechu. Po naszemu brzmiało to mniej więcej tak: Pan, szli tam, pan, duże włosy, piękna kobieta, chuda, piękna, duże włosy. I na koniec swoim tłustym latynoskim paluchem pokazała mi kierunek. Podziękowałem, wciąż dusząc się ze śmiechu i prawie pobiegłem we wskazanym przez nią kierunku. Dopadłem jakichś drzwi, przez które musiałem przejść żeby w ogóle móc iść prosto. Otworzyłem je i mało mnie nie zatkało. W niewielkiej ogrodowej kawiarni nie było nikogo oprócz Harry'ego i Agaty, mojej zwierzyny łownej. Pomijam już fakt, że sama kawiarnia była tak urokliwa, że gdyby nie mój upór wyjaśnienia całej zagadki, pewnie machnąłbym na wszystko ręką i kontemplował piękno tego miejsca. Niestety, fakt że to miejsce było tak niewielkie, przyczynił się do tego że zauważyli mnie od razu a Agata wbiła we mnie pytające spojrzenie. Nie miałem wyjścia, musiałem zacząć ściemniać.
- Co ty tu robisz?
- Zwiedzam. Nie mam co robić, to zwiedzam.
- Z aparatem? I to akurat tu gdzie my jesteśmy?
- Zbieg okoliczności.
Agata świdrowała mnie spojrzeniem, natomiast Harry wyraźnie spoważniał i zaczął bawić się guzikiem swetra. Do diabła, co tu jest grane?! Mój dziennikarski instynkt jednak wciąż działał i jednocześnie rozmawiając z Agatą, rozglądałem się delikatnie po kawiarni żeby znaleźć sobie miejsce, w którym mógłbym się schować i wciąż ich obserwować. W oko wpadła mi wielka kępa jakichś kosmicznych chwastów za którą była żeliwna ławka. Tam byłoby dobrze, tylko jak ja się mam tam dostać nie zwracając na siebie uwagi?
- Akurat, zbieg okoliczności. Łazisz za nami?
- Właśnie... - mruknął pod nosem Harry.
- Nie! W żadnym wypadku, nie mam co robić? - zaprotestowałem, kłamiąc jak z nut. Głupio mi się zrobiło, w końcu okłamuję znajomych. Szybko jednak minęły mi wyrzuty sumienia, bo przypomniałem sobie że za to wszystko mi płacą.
- To co tu robisz? - Agata nie odpuszczała. Ta małpa nigdy nie dawała za wygraną.
Musiałem szybko działać, bo grunt palił mi się pod nogami.
- Szukam basenu.
- Bez niczego? Będziesz kąpał się w aparacie? - rzuciła dziewczyna kąśliwie. Harry znów wymownie milczał.
- Nie będę się kąpał, oślico. Liam miał być na basenie. Mieliśmy robić zdjęcia.
Chyba tego nie łyknęła. A ja wciąż zastanawiałem się jak schować się za tymi chwastami i czatować tam z aparatem.
Nie wiem jak długo wpatrywałem się w te krzaki, ale w końcu dotarło do mnie że Agata z Harry'm gdzieś idą. No to koniec, przepadło. Teraz jestem spalony i nie mogę za nimi tak bezczelnie chodzić. Wkurzony sam na siebie poszedłem na basen, z braku zajęcia zrobić zdjęcia Liamowi. Może coś się nada.
Sobota, 16:32, mój pokój w chicagowskim Hiltonie.
Łupnąłem drzwiami zły do granic możliwości. Rzuciłem okiem na pokój i zobaczyłem siedzącą na łóżku Agatę z laptopem na kolanach. Kiedy dziewczyna spojrzała na mnie, jej oczy zrobiły się wielkie jak monety pięciozłotowe.
- Jezu kochany, co ci się stało?
Nie odpowiedziałem tylko wszedłem do łazienki i złapałem ręcznik. Woda ciekła ze mnie strumieniami. Mokre miałem wszystko co tylko mogłem mieć mokre. Jakimś cudem aparat był suchy. Od tamtego momentu serio zacząłem wierzyć w cuda. Chodząc w kółko po łazience i parskając wodą kapiącą mi z włosów prosto na twarz, słyszałem jak woda przelewa mi się w butach.
- Mokry jestem. - rzuciłem filozoficznie.
- To widzę! Co, pada? Gdzie byłeś? - powiedziała Agata wyciągając szyję i patrząc w okno.
- Sama padasz! To te głupki, do basenu mnie wrzucili...
- Jakie głupki?
- Louis z Liamem! No ja ich zabiję... - mamrotałem, próbując zdjąć mokre spodnie które przykleiły się do mnie jakbym wysmarował się super glue.
- I ja tego nie widziałam?!
- Dobrze że nie widziałaś.
- Nie dobrze! To musiało być mega...!
Nie odpowiedziałem, tylko rzuciłem w nią mokrymi spodniami, które z plaśnięciem wylądowały na jej głowie. Machnęła w powietrzu rękoma, spadła z łóżka i zaczęła krzyczeć że jestem głupi. Dostałem takiego ataku śmiechu, że mało się nie udusiłem. Zza wielkiego łóżka widać było tylko jej nogi i słychać było soczystą wiązankę przekleństw we wszystkich znanych jej językach, a trochę tego było. Nie czekając aż wyplącze się z moich mokrych spodni, włączyłem suszarkę i z przyjemnością suszyłem sobie włosy.
- Czy ty jesteś tak głupi naprawdę czy ci za to płacą!? Mokre włosy teraz mam, będę miała szopę... - lamentowała Agata, włażąc mi do łazienki.
- Co mnie to obchodzi? Trzeba było się nie śmiać ze mnie, teraz wiesz jak to się kończy.
- Japa, bo cie trzasnę, dawaj tą suszarkę. I spodnie ubierz, bo się dziwnie czuję przy... - urwała, bo w pokoju rozległ się tak potężny rechot, że zatrzęsły się ściany. Spojrzałem w głąb pomieszczenia, na środku którego stał Niall i pokładał się ze śmiechu.
- Czego? - rzuciłem.
- No... chciałem... Słodki Jezu, jak wy wyglądacie – sapał w przerwach między wybuchami śmiechu.
Rzeczywiście, musieliśmy wyglądać w rzeczywistości bardzo dziwnie. Ja w samych – za przeproszeniem – gaciach, i to jeszcze w króliki w czapkach świętego Mikołaja i mokrej bluzce z włosami ociekającymi wodą, Agata dmuchająca sobie w twarz suszarką i morderstwem w oczach... Widok musiał być naprawdę ciekawy.
Postanowiłem że będę karał wszystkich, którzy się ze mnie śmieją. Na moich ustach pojawił się mściwy i do bólu złośliwy uśmiech, kiedy ruszyłem w stronę Horana. Chyba przeczuwał, że zaraz stanie mu się wybitna krzywda, bo przestał się śmiać, a zamiast radości na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
- Chodź tu do mnie, jak ja cie dawno nie widziałem... - powiedziałem, rozpościerając ramiona – chodź do Arturka, przytulę cie...
- Nie! Jesteś mokry!
Protesty blondyna zdziałały tyle co nic i w końcu on też był cały mokry. Staliśmy tam we trójkę jak taki tercet uciekinierów z psychiatryka i śmialiśmy się do wypęku. I jak na złość w tym momencie do pokoju wpadł zadowolony Lou, który chyba musiał czaić się za drzwiami. Lou i jego aparat. Pstryknął kilka zdjęć, spojrzał na wyświetlacz i dławiąc się ze śmiechu, w radosnych podskokach opuścił nasz pokój.
- Idę się przebrać – rzucił Niall – a ty przyjdź potem do nas, Harry chce coś od ciebie – zwrócił się do mnie.
- Dobra, czekaj, ogarnę się.
Wysuszyłem łeb do końca, ubrałem suche ciuchy i poszedłem do pokoju chłopaków. Zapukałem, usłyszałem znajome „enter” więc wszedłem.
- Zanim posadzisz dupę to poczekaj, idziemy gdzieś, tu się nie da gadać – dostałem słowami Harry'ego w twarz.
- No ok. Gdzie?
- Gdziekolwiek.
Zjechaliśmy windą na sam dół. Sądziłem że Harry skieruje się do restauracji albo gdziekolwiek w hotelu. Natomiast on podszedł prosto do drzwi wejściowych. Odźwierny wypuścił nas na zewnątrz.
Sobota, 18:39, Starbucks Caffe, Chicago.

- Powiedz mi o co chodzi.
Wpatrywałem się w porażająco zielone oczy Styles'a jakbym oczekiwał, że znajdę tam przepis na nieśmiertelność. I po raz kolejny nie widziałem tam nic. Przyłapałem się nawet na tym że te oczy zaczynały mi się podobać. Szybko wyrzuciłem tą myśl z głowy.
Harry milczał nad kubkiem kawy.
- Ej. Chciałeś ze mną porozmawiać. A nie powiedziałeś jeszcze nic.
- Bo nie wiem od czego zacząć.
- Może od początku? - podsunąłem.
Poprawił grzywkę i przyjrzał mi się uważnie.
- Pamiętasz jak próbowałeś ze mną rozmawiać w samolocie?
- Wtedy co zaplątałeś się w sweter?
- Tak, wtedy – Harry lekko się uśmiechnął – to właśnie wtedy...
Urwał, chowając twarz w wielkim kubku. Znowu wielkie, w tej Ameryce wszystko było wielkie.
Milczałem, czekając na dalszy ciąg. Siorbnąłem gorącej, czekoladowej latte.
- Chodzi o Agatę, prawda? - spytałem w końcu, bo to milczenie mnie irytowało.
- Tak...
- No mów Haroldzie, mów.
- Nie mów tak do mnie!
- Wybacz – mruknąłem, wycierając chusteczką kawę która wylała mi się na stolik.
- W każdym razie... nie wiesz czy ona coś czuje do mnie?
Mało się nie udławiłem tą czekoladową kawą.
- No jak to? A to w restauracji? To nie był wystarczający dowód?!
- No właśnie... bo sprawa jest trochę inna.
Zaciekawiłem się i poczułem jakieś mrowienie w brzuchu. Jak za każdym razem, kiedy miało się wydarzyć coś ciekawego. Za oknem przejechała wielka ciężarówka i narobiła takiego hałasu, że zatrzęsły się lampy na suficie.
- Jaka? O co chodzi?
- Bo ona jest strasznie zaborcza. Umówiłem się z nią wtedy bo mówiła że to tylko wywiad. Że nic prywatnego, że sprawy służbowe. Lubię was i chciałem wam pomóc, ale...
- Ale co? - wtrąciłem, bo zżerała mnie ciekawość.
- Ale ja do niej nic nie czuję.
Zamyśliłem się. To dziwne jest, nigdy nie rozumiałem związków. Ani niczego z tym związanego.
- A co, jest inna?
- Nie.
- No to w czym problem?
- Bo ja się skupiam na kimś innym... - bąknął Styles cicho.
- No pytałem czy jest inna, to powiedziałeś że nie. Zdecyduj się!
Pierwszy raz w zielonych oczach Harry'ego zobaczyłem coś, co potrafiłem rozszyfrować. Przeraziłem się. Chryste panie! Nie wierzę. To było nie do pomyślenia. Szlag mnie jasny prawie trafił.
- Aha...
Harry wciąż patrzył na mnie smutnym wzrokiem. Pierwszy raz w życiu poczułem że coś ściska mnie za gardło. I nie jest to ani wściekła gwiazda, której próbowałem zrobić zdjęcia, ani pasek aparatu który zaplątał się o jakąś gałąź. To przez to zielone. Przez tą zieleń, która była totalnie rozbrajająca. Poczułem się strasznie dziwnie.
- Nie wiem co powiedzieć.
Zielone oczy wciąż wpatrywały się we mnie z tak niesamowitą szczerością, że mnie zatkało. Totalnie nie wiedziałem co powiedzieć, byłem jakby obok tego wszystkiego, totalna abstrakcja, brak jakichkolwiek pomysłów na reakcje. A żeby mnie chyba całkowicie rozbroić pierwszy raz zobaczyłem naprawdę szczery uśmiech na twarzy Harry'ego. Chryste panie, że ja tam nie padłem na zawał serca to był chyba jakiś cud boski. Przeszła przeze mnie fala gorąca. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Co ja mu miałem powiedzieć?
- Nie musisz nic mówić. Rozumiem że to może wydać ci się dziwne...
- Dziwne? Ja tu zaraz zejdę na serce...!
- Serio?
To pytanie mnie zdenerwowało. Nie, na niby. Żartuję sobie. Jest prima aprilis. Albo upadłem na głowę. No oczywiście że serio, ty lokowany zielonooki potworze!
- Harry, ale wiesz... bo to jest takie... inne? - odpowiedziałem pytająco, unikając jego spojrzenia.
Za drzwiami coś się działo, jakaś szamotanina, krzyk. Spojrzałem przez szklane drzwi kawiarni. Kilkadziesiąt dziewczyn z plakatami i transparentami szturmowało drzwi kafejki. Dostępu do niej bronił tylko chudy kelner i jakaś dziewczyna, która wsadziła w klamki swoją parasolkę i zapierała się o drzwi plecami. Przypomniało mi się że nie ma z nami ochrony.
- Fuck... - rozległo się ciche, ale bardzo wyraźne przekleństwo.
Rozumiałem Harry'ego, bo te dziewczyny były nieprzewidywalne. Doznałem olśnienia.
- Czas na zabawę, Harry. Wstawaj.
Spojrzał na mnie zdziwiony, ale wstał i poszedł za mną. Podeszliśmy do kasy, za którą stała bardzo ładna dziewczyna. Kawę zamawiał Harry, więc jej wcześniej nie widziałem. Było w niej coś znajomego. Nie wiedziałem co.
Nagle rozpromieniła się na mój widok, co mnie zdziwiło jeszcze bardziej, bo myślałem że to raczej Harry tak działa na kobiety.
- Pan Artur?! - zapytała po polsku.
Chryste panie. Na drugim końcu świata spotkałem rodaczkę. Ale w końcu to było Chicago. To było więcej Polaków niż rodowitych Amerykanów. Zdziwiłem się że też wcześniej nie spotkałem nikogo z Polski. Skąd ona mnie znała? Nie ważne.
- Tak, to ja, posłuchaj... jest tu tylne wyjście?
- Jest, oczywiście że jest.
- Możemy nim wyjść?
Spojrzała na mnie niepewnie, potem na Harry'ego i więcej widocznie nie trzeba jej było.
- Tak, oczywiście, proszę tędy.
- Nie, zrobimy to inaczej. Tam jest dojazd? Żeby zmieścił się samochód?
- Jest...
Cały czas rozmawialiśmy po polsku. Jakże miło było znowu usłyszeć rodzimy język.
- Zrobimy tak. Harry, idź z... jak się pani nazywa?
- Monika.
- Idź z Moniką, ona ciebie wypuści tyłem. Ja pójdę powalczyć z tymi szalonymi dziewczynami, wezmę taksówkę i tam z tyłu wsiądziesz. Zrozumiano?
Harry nie wydawał się do końca przekonany do mojego pomysłu. Ale jeśli wyszedłby ze mną głównym wejściem, te dziewczyny rozszarpały by go na strzępy. Nie było innego wyjścia.
- Dobra. Poradzisz sobie?
- Człowieku, byłem w Iraku i Afganistanie. Te wariatki to jest nic w porównaniu z Talibami.
- No ok.
- Monika, mam u ciebie dług wdzięczności, naprawdę, przyjdę tutaj za jakiś czas i porozmawiamy – powiedziałem do dziewczyny po polsku. Uśmiechnęła się szeroko i wyprowadziła Harry'ego tylnym wejściem.
Spojrzałem przez szklane drzwi na tłum dziewczyn, który podejrzanie się zwiększył. Pomyślałem sobie, że może ten Irak i Afganistan nie był taki straszny, bo w porównaniu do obecnej sytuacji, wtedy nie czułem strachu, tylko podekscytowanie.
Poprosiłem biednego, opadającego już z sił kelnera żeby mnie wypuścił. Przecisnąłem się przez szparę w drzwiach i momentalnie znalazłem się w samym środku piekła. Hałas jaki emitowały te dziewczyny przerastał chyba wszystkie maszyny wynalezione przez człowieka. Pomyślałem że zaraz zwariuję. Ale najgorzej jest się zatrzymać. Pchałem się więc naprzód i udało mi się wydrzeć z tłumu szalonych nastolatek. Szczęście mi dopisywało, bo akurat przede mną ktoś wysiadał z taksówki. Wsiadłem do niej szybko. Potem wszystko poszło już zgodnie z planem.

Sobota, 22:48, mój pokój w Chicago Hilton.
Leżałem na łóżku gapiąc się w sufit i zastanawiając się nad całym dzisiejszym dniem. Dniem, który już na zawsze miał zapisać się w mojej pamięci. Nie codziennie zdarza się takie coś jak mi dzisiaj. Wciąż nie bardzo wierzyłem w to wszystko, może to był jakiś żart, może to Agata postanowiła mnie zrobić w konia? Ugadali się razem i teraz wszyscy robią sobie ze mnie jaja.
Stałem akurat przy barku, szukając jakiegoś znanego mi alkoholu. Nie piłem dużo, ale w takiej sytuacji jak ta, bezwzględnie mi się należało. Znalazłem Johny Walker'a, czerwony, ale może być. Wlałem sobie dość pokaźną szklankę. I w tym momencie weszła do pokoju Agata, z dziwnymi wypiekami na twarzy. Zastanawiałem się gdzie ją poniosło. W końcu wróciłem do hotelu jakieś półtorej godziny temu. Jej nigdzie nie widziałem.
Spojrzała na mnie nieprzytomnie i trochę jakby z wyrzutem.
- Czemu nie śpisz? I co ci jest? Pijesz?
Popatrzyłem w wielkie lustro na ścianie. Coś ze mną było nie tak? No rzeczywiście, papieros w ręku, szklanka whisky i do tego puchowy, biały szlafrok z wielką literą „H” na piersi. Nie, to szlafrok hotelowy, nie myślcie sobie.
- Nie śpię, bo pije właśnie... - powiedziałem tak idiotycznie, że bardziej się nie dało.
- No widzę... A co, jakaś impreza? Zapomniałam o czyichś urodzinach?
- Nie. Właśnie, jak się ogarniesz, chciałbym z tobą porozmawiać.
- Oho... no dobrze, mów.
- Napijesz się?
- Widzę że poważnie będziemy rozmawiać... - powiedziała Agata z lekkim niepokojem.
Zdjęła płaszczyk, powiesiła go na oparciu krzesła. Torbę rzuciła na stół. Przewróciła się ale w środku nie było ani notesu, ani kamery, nawet aparatu. Gdzie ona była? Zakupów też żadnych nie przyniosła. Coś mi tu nie pasuje.
Podstawiła mi pod nos szklankę, wlałem jej odrobinę Walker'a. Ona piła tylko na imprezach.
- No to słucham.
Usiadłem po turecku na środku łóżka, przysuwając sobie popielniczkę i strzepując popiół. Agata również przysiadła się do mnie i wyciągnęła mentolowe Camele. Odpaliła jednego i pociągnęła za szklanki duży łyk bursztynowego płynu. Spojrzałem na nią dziwnym wzrokiem.
- Możesz mi to wytłumaczyć? - powiedziałem, kładąc przed nią wydrukowane na hotelowej drukarce fotografie. Każde z kilkunastu cyfrowych zdjęć przedstawiało Agatę z Harry'm w restauracji. Na dwóch z nich było wyraźnie widać ich złączone dłonie, zachwyt dziewczyny i dziwną obojętność chłopaka.
Agata spojrzała zdziwiona na zdjęcia. Popiół z papierosa spadł na prześcieradło. Szybko go strzepnęła i podniosła na mnie wzrok.
- Skąd to masz?
Uśmiechnąłem się.
- To jest moja praca. Ale tym razem to był czysty przypadek. Nawinęliście mi się tam idealnie, prosto na ostrzał. Zero ostrożności. To aż dziwne.
- To jest świetne! - wykrzyknęła z entuzjazmem, podsuwając mi jedno zdjęcie.
- Żartujesz sobie ze mnie?
- Dlaczego?
- Ja pytam poważnie Agata. Co ty wyprawiasz...? W samolocie darłaś się na mnie że się z nimi spoufalam. A co to ma być? Chcesz mi wcisnąć, że to nie jest spoufalanie się? - położyłem palec na zdjęciu – A to? Co to jest?
- Artur...
Wyglądała na strapioną. Wypiła whisky do końca i skrzywiła się. Zgasiła papierosa, zaraz odpalając kolejnego. Paliła jednego za drugim tylko wtedy, kiedy nie wiedziała co powiedzieć. Zdarzało się to rzadko i nigdy w pracy.
Zaciągnęła się dymem.
- To była moja szansa. Wiesz że ja ich lubię. A Harry... W końcu go poznałam, spełniło się moje marzenie. Dlaczego miałabym nie spróbować? Byłam taka szczęśliwa rozmawiając z nim tam, w restauracji.
- I to przez to traktowałaś go jak powietrze przy ludziach?
- Podobno na początku trzeba się dystansować...
- Świetnie się tu dystansujesz – mruknąłem jadowicie, wskazując na jedną z fotografii leżących między nami.
- Rozmawiałeś z nim, prawda?
- Tak.
Też wyciągnąłem papierosa z paczki i zapaliłem. Mieliśmy ten komfort, że mogliśmy palić w pokoju. Nie wiem jakim cudem obsługa radziła sobie z zapachem tytoniowego dymu. W każdym razie codziennie rano, nie ważne ile byśmy wypalili papierosów, po wizycie pokojówki nie było nic czuć. Absolutnie nic. Tylko cytrynową świeżość i lawendowy zapach nowej pościeli.
- Powiedział ci coś? Coś o mnie?
- Tak... - zacząłem powoli. - I nie wiem czy nie będzie dla ciebie lepiej, jak sobie odpuścisz.
- Już odpuściłam.
- Naprawdę? - byłem szczerze zdumiony tym faktem.
- Tak. Po spotkaniu w tym kawiarnianym ogródku, jak poszedłeś na basen. Porozmawiałam sobie z nim szczerze i wyjaśniliśmy sobie wszystko. I wszystko wiem... - dodała, puszczając mi oczko.
- Co wiesz?!
- Powiedział mi.
Fajnie. Czyli ja wszystkiego dowiedziałem się na końcu. W sumie lepiej późno niż wcale.
- I co ty na to?
- Ja? - zdziwiła się Agata – A co ja mam tu do gadania?
- Dla mnie to dziwne.
- Myślałam że jesteś tolerancyjny...
- Nie, nie to, nie o tym mówię. Dziwne jest to że trafiło akurat na mnie. Przecież my się prawie wcale nie znamy, dopiero zaczynamy naszą znajomość. Przecież i tak więcej czasu niż z nim spędzam chociażby z Horanem czy Louisem. Nie zdziwiłoby mnie gdyby Lou coś świrował. Ale Harry? W życiu bym się niczego takiego po nim nie spodziewał. No tak jak mówię... Lou... Wiemy o sobie prawie wszystko już, sama wiesz jak i ile my rozmawiamy. Liam tam samo. Niall zachowuje się jak mój młodszy brat. A Harry... on jest dla mnie wielką zagadką. Tak wielką jak wielki jest Chiński Mur.
Kątem oka dostrzegłem że Agata delikatnie się wyprostowała kiedy wspomniałem o Niallu. A może mi się wydawało? Duża szklanka prawdziwej whisky potrafiła namieszać w oczach. Puściłem to mimo uszu.
- Artur... chodźmy spać. Jutro czeka nas potężna dawka roboty, przecież jutro ten koncert...
- Nie cieszysz się?
- Cieszę się, bardzo się cieszę. Ale nie zapominaj. My tu pracujemy. Będzie zapierdziel.
Przyznałem jej racje. Poszedłem umyć zęby, a kiedy wróciłem, Agata już smacznie spała.
Położyłem się i jeszcze długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o tym wszystkim co powiedział mi Harry. O tym co działo się później, w taksówce. O tym jak niby to przypadkiem położył rękę na mojej dłoni. O tym jak zabrałem swoją dłoń, unikając dotyku. O tym jak bezczelnie zmieniałem temat, tylko żeby rozmowa nie schodziła na ten tor, który nadaliśmy jej w kawiarni. O tym jak zostawiłem go na środku korytarza i bez słowa poszedłem do siebie do pokoju. Nie wiedziałem co mam mu powiedzieć, jak mam reagować na niego teraz, kiedy sytuacja stała się przejrzysta jak szkło. W końcu, zmęczony tysiącem myśli i nierozwiązanych problemów, zasnąłem.

Agata.
Niedziela, 1:32. Pokój w chicagowskim Hiltonie.

Otworzyłam oczy i pokierowałam zamglone spojrzenie na zalany ciemnościami sufit. Wzdrygnęłam się, patrząc za skąpane czarnościami widoki za okna. Nie wiem, która mogła być godzina, gdy tak podniosłam ramiona i w rozkopanej kołdrze zaczęłam oglądać hotelowy pokój. Przeczesałam dłonią włosy i zerknęłam niepewnie w lewą stronę, gdzie powinien być stoliczek nocny. Nachyliłam się lekko w lewo i zaczęłam machać dłonią w poszukiwaniu blaciku i telefonu leżącego na nim. Tak się nachyliłam, że ciężar ciała okazał się być kpiarski i zjechałam z łóżka na podłogę. Przychrzaniłam nosem o zimne panele, a po pokoju rozniósł się głuchy łomot. Coś w łóżku obok mojego zaczęło się kręcić. Szeleszcząca kołdra i ziewanie oznaczało, ze moje spektakularne lądowanie pyskiem na podłodze obudziło Artura. Całkiem przypadkiem zaczęłam sobie pojękiwać, postękiwać, pohukiwać i donośnie syczeć. Nogi miałam zahaczone na łóżku, dlatego przygnieciona policzkiem do drewnianej podłogi, znosiłam katusze w postaci pulsującego kinola. Kołdra nad moją głową, pod którą rozpłaszczony leżał Artur, cały czas szeleściła, czyli Artur cały czas się dobudzał. Albo nie wiem, co robi. Wolę nie wiedzieć. Do oczu nadeszły mi łzy, gdy dotknęłam kciukiem nasady nosa, sycząc.
- Aga? – burknęło przygłuszone coś spod poduszki, takie Artkowe coś.
Nawet nie zdążyłam zauważyć, gdy po policzkach zaczęły spływać mi łzy wyciśnięte przez karygodnie bolący nochal. Przez blask księżyca wdzierający się do naszego pokoju hotelowego zauważyłam, jak Artek wystawia rozczochrany łeb spod kołdry i łupie na mnie przymrużonymi oczami. Chlipnęłam, trzymając się obiema rękami za twarz i delikatnie uciskając paluchem na skórę. Bolało, jak skurczybyk, a jak się lewy płatek nosa przyciskało, to coś klikało. Jak w myszce od komputera. Uciszyłam płacz, żeby posłuchać klikania. W tym czasie Artek kichnął, co zupełnie mnie zdezorientowało. Zamachał ręką tam, gdzie wcześniej ja, zapewne w poszukiwaniu lampki nocnej, co by to zapalić i zalać nasz pokój jasnościami. Ziewnął w międzyczasie, dalej wachlując powietrze swoją wielką, męską łapą. Ale lampki jak nie było, tak nie ma. I machał pacan, w powietrzu, licząc, że może lampka się sama zapali. Się nie zapaliła. Dlatego mój przyjaciel wychylił się z łóżka bardziej i macha szybciej, w dalszym kierunku, nad moją głową. Ja zdążyłam zorientować się, że coś mi z nosa cieknie. I nie były to cale gluty, czy co to tam z nosa ma zwyczaj cieknąć. To kurczę, była totalnie krew. Jęknęłam boleśnie, znów mi do oczu napłynęły słone krople. I Artur w tym samym momencie zrobił popisowe salto. Machnął ręką z nadzieją odnalezienia abażura drogiej, hotelowej lampy. Coś mu poszło nie tak i zjechał z łóżka, przygniatając mnie do podłogi. Uderzyłam twarzą o panele, gniotąc swój nos mocniej.
Ten pacan wgniatał mnie w tę podłogę centralnie, a ja już kompletnie zaczęłam wyć i płakać. Zdezorientowany chłopak nachylił się z uchem przy mojej twarzy i jak idiota nasłuchuje, co ja robię.
- Ty panele liżesz? – mruknął przy moich uchu. Zaniemogłam. Zawyłam płaczem, naprężając plecy, dając mu znak, żeby ze mnie zlazł. Ale Artur nie przejmował się, że „ liżę panele płacząc” tylko dalej mnie wciskał w podłogę. Wychrypiałam, żeby ze mnie zszedł, bo nie mogę oddychać, boli mnie nos i mnie zabija. Mruknął, żebym przestała lizać panele, bo to niezdrowe. Burknęłam, że zaraz mi zabraknie tlenu w cyckach. Odparł, że przecież panele nie mają witamin. I to mi wcale na cerę nie pomoże. Poruszył się lekko, a mój nos rąbnął przerażająco przeszywającym bólem. Wrzasnęłam, a Artur mi zawtórował i po chwili leżeliśmy na podłodze między jednym wyrkiem, a drugim, wrzeszcząc jak napalone fanki One Direction.
- Czułam, jak po policzkach spływa mi coś ciepłego i domyślałam się, że to coś jest czerwone. Pewnie darlibyśmy te kopary w dalszym ciągu, gwałcąc się na tej podłodze jak dwa niewyżyte skunksy, gdyby drzwi od naszego apartamentu się nie otworzyły. Ale drzwi żyją własnym życiem, albo generalnie są podatne na przyciskanie klamek. W związku z czym, całkiem poważnie się otworzyły. A potem ktoś rąbnął łapą w załącznik światła i po naszej sypialni przepłynęła fala rażącego światła. Spomiędzy włosów swoich i włosów Artura, które wchodziły mi w oczy, widziałam zapalające się lampy. Artur jęknął, a mój nos znów o sobie przypomniał. Zadarliśmy głowy i wtedy zapragnęłam przesunąć się znacznie w lewo, tak całkiem w lewo, żeby wjechać pod wyrko. W naszym apartamencie, całkiem ludzko, stali sobie zaspani członkowie zespołu One Direction. Począwszy od zaspanego Zayna, gwałtownie trącego oczy. Stał nieprzytomny w granatowych bokserkach i próbował wyostrzyć wzrok, żeby ogarnąć, co to za dwa mopy kopulują na podłodze. W międzyczasie Artur zorientował się, że z nosa cieknie mi krew, która wsiąknęła mu w bokserki i zaczął mruczeć pod nosem o wybielaczu. Dalej, obok Zayna stał zdziwiony Harry, wlepiający w nas zszokowany do szpiku kości wzrok. W szarym szlafroku, w rozkroku, z opuszczonymi rękami patrzył, jak Artur odziany w same bokserki przygniata mnie do podłogi, a ja z nogami na jego biodrze wpatruję się w swoje dłonie umazane krwią. Potem Artur wrzasnął, że mój nos ma okres. Liam niespokojnie zerknął w stronę Harrey'go, który unosił brwi. Spojrzałam na swoje zakrwawione dłonie, zakręciło mi się w głowie i spuściłam ją na podłogę. Artur konwersował z samym sobą o zaletach wybielacza z zapachem.
- Co wy…tego? – mruknął Lou, podchodząc bliżej i obserwując uważnie, jak walę Artura po twarzy i spycham go z siebie. Nieporadnie zlazł z mojego ciała, patrząc na mój nos. Zakryłam go palcami, zamykając oczy. Po chwili zmartwiona obserwowałam, jak wszyscy faceci nachylają się nade mną i analizują. Artur, trący oczy Zayn, Harry z mopem na głowie, Liam z odciśniętym suwakiem na policzku, Niall z troską w niebieskich oczętach, Lou z zagryzionymi wargami.
- Co? – jęknęłam spod swoich dłoni. Próbowałam się podnieść, ale wszyscy złapali mnie za wszystkie kończyny, jakie mam i wrzasnęli, że mam leżeć. Zmarszczyłam czoło i leżałam, a oni dalej stali i patrzyli. Wtedy ponownie chciałam się podnieść, ale zrobili to samo, oskarżycielsko wrzeszcząc, żebym nie wstawała. I dalej patrzyli, jak na eksponat w muzeum.
- Długo mam tak leżeć?
- Aż się skrzepnie! – zahuczał Artur, a Niall spojrzał na niego, jak na bałwana.
- Właściwie, to co wy wyprawiacie? – Padło pytanie z ust Liama, który usiadł na moim łóżku po turecku i oparł łokcie o kolana. Spojrzał na mnie spod kurtyny swoich przydługawych oczu, gdy Harry i Zayn odsuwali się ode mnie.
- Artur przerzucił włosy na bok, a potem złapał mnie pod pachami, podciągnął i ułożył na swoim łóżku. Zawyłam z bólu, a z nosa pociekło mi więcej krwi. Harry oddelegował się po ręczniki do łazienki. Leżałam jak ta sierota, patrząc na Artura, który obserwował bacznie swoje gacie w mojej krwi. Oberwałam po nogach puszystymi, białymi ręcznikami, którymi cisnął Harry. W jeden wytarłam swoje dłonie, zostawiając na białym materiale czerwone smugi.
- Czy to był seks? – poważne pytanie Malika wraz z jego dziecinną twarzą doprowadziło Liama do śmiechu. Ja w tym czasie pozwalałam ująć swoją twarz w dłonie Horana, który zaczął uważnie oglądać mój nos.
Dotknął nasady i nie mogłam powstrzymać się, żeby nie pisnąć. Materac ugiął się pod tyłkiem Stylesa, który usiadł obok Horana.
- Ona spać po nocach nie może. I budzi mnie. – mruknął Artur i przeczesał włosy do tyłu. Zniknął potem za mahoniowymi drzwiami, zostawiając mnie sama z bandą tych napalonych mopów. Podczas gdy Horan dokładnie, z ostrożnością i delikatnością macał mój nos, Liam ziewał na potęgę, a Malik układał mu się na kolanach w pozycji embrionalnej, całkowicie nie zainteresowany otaczającym go światem. Niewiele po tym, jak znalazł dogodną pozycję, po pokoju roznosiło się jego mlaskanie i ciche chrapanie. Znów zakręciły mi się w oczach łzy, a potem na palce Horana pociekło więcej krwi. Harry podał mu ręcznik, a ja zachlipałam.
- Słychać was było aż u nas w pokoju. Jakieś takie walenie. – Stwierdził Tomlinson, a potem oparł się o ścianę, układając wygodnie na podłodze. Ziewnęło mu się mimowolnie, gdy patrzył na moje gołe stopy.
Sytuacja z moim sikającym krwią nosem została opanowana. Kilka dostaw ręczników, które dzielnie dostarczał Harry, wspaniale wsiąknęło moją krew. Po chwili mogłam w spokoju leżeć między nogami Horana a Stylesa. Malik zaczynał coraz mocniej chrapać, a Liam ułożył głowę na jego nogach. Leżeli w tak nienaturalnej pozycji, że na sam widok bolał mnie kręgosłup. Dopiero teraz zapragnęłam sprawdzić godzinę. Na zegarku telefonu Artura widniała trzecia nad ranem. Złapałabym się za głowę z niedowierzaniem, ale po ataku Artka wszystko mnie bolało. Przysypiałam już, a obraz zamazywał mi się pięknie, gdy coś trzasnęło. I z łazienki wylazł Artek w innych bokserkach.
Usiadł obok Lou, pod lawendową ścianą. Oparł o nią głowę i przymknął oczy. Zapanowała błoga cisza przerywana co chwilę sapaniem śpiącego Malika. Oczy co chwilę mi się przymykały. Pocharkiwanie Zayna jednak skutecznie mnie rozbudzało i prześwitywały mi zamazane obrazy. Widziałam kontur ramion Hazzy, który w zgięciu przysypiał. Widziałam również Nialla, który trzymał głowę na mojej poduszce, tuż przy moim biodrze. Artkowy bezwładny łeb opadł nieoczekiwanie na kościste ramię Tomlinsona. Malik znów chrapnął, ale nie zwróciłam na to uwagi. Oczy lepiły mi się coraz bardziej. Wkrótce widziałam tylko ciemność, a przy uchu słyszałam spokojny oddech Harrego.
Coś wcisnęło mi się w brzuch. Chciałam to zignorować, ale kompletnie nie umiałam, bo coś zaczęło na mnie napierać mocniej. Nie otwierając oczu pociągnęłam dłonią w stronę swojego brzucha, by zorientować się, co tak pięknie ugniata mi pępek. Palcami wymacałam najpierw kępę loków, a potem czyjś nos. A potem coś ugryzło mnie w palec nos i otworzyłam szeroko oczy, wlepiając je w sufit. Zadarłam łeb do góry i spojrzałam na swój brzuch, gdzie leżał Harry i Horan, trzymający mój palec w swoich ustach. Otworzyłam oczy, kiedy zaczął go ssać, a Harry parsknął śmiechem. Za oknem wstawał nowy dzień, było już bardzo jasno. Ziewnęłam, opadając głową na materac i czując, jak blondyn wypuszcza mój paluch z warg. Niewzruszeni chłopcy dalej ugniatali mi brzuch, a Niall ziewnął i przeciągnął się.
Przetarłam palcami oczy i przekręciłam twarz, dotykając policzkiem prześcieradła. Na łóżku, które jeszcze niedawno było moje, w dalszym ciągu leżeli poplątani Zayn i Liam. Brunet ugniatał szatyna głową w nogi, głowa opadała mu na materac, eksponował wszystkie swoje zęby, otwierając szeroko usta. Liamowej twarzy nie byłam w stanie dostrzec, zgięty w pół opadał na brzuch Malika i chował policzki w jego koszulce. Artura i Lou poległych pod ścianą nie widziałam, nie miałam siły przekrzywiać szyi. Ziewnęłam przeciągle i głośno. Podskoczyłam nieznacznie, gdy po sypialni rozległ się wrzask Tomlinsona.
- Chłopaki! – ryknął, a Harry poderwał głowę z mojego brzucha. Zayn niespokojnie mlasnął, chowając twarz w poduszce. Niall nawet nie zareagował, bo właśnie zatapiał się w moim spojrzeniu. Speszona, zadarłam głowę do tyłu, na podnoszącego się nieporadnie Louisa. – Przecież my koncert dziś mamy! – dorzucił, a Niall postawił oczy w słup. Podniósł policzek znad mojego pępka i zlęknionymi oczami powędrował na Harrego, przeczesującego swoje bujne włosy. Nie zawracałam sobie nimi głowy. W skupieniu obserwowałam sufit, próbując się dobudzić. Nawet nie zauważyłam, kiedy ta hołota wyleciała z mojego pokoju po całej nocy u nas. Lou wyleciał jak z procy, Liam się czołgał, a Niall z Harrym wynieśli śpiącego Malika. Dalej leżałam plackiem na łóżku, patrząc ukosem na Artka, który nawet się nie obudził. Teraz przekrzywiony lekko na lewo, zjeżdżał z każą chwilą trochę niżej, aż w końcu pacnął na podłogę. I spał dalej.

Wtorek, 19:34. Ostatni koncert trasy w USA, Nowy Jork.
Uśmiechnęłam się szeroko do Artura, który stał przy wielkim, czarnym głośniku i robił zdjęcie rozczochranemu Harry'emu. Wskoczyłam na jeden z ogromnych, zimnych, metalowych głośników, zwieszając z niego nogi. Artek w pląsach oddalił się gdzieś, co jakiś czas atakując ludzi lampami aparatu. Spuściłam głowę na swoje kolana i machałam kończynami, jak mała dziewczynka. Siedziałam dokładnie za wielką, ogromną czerwoną kurtyną. A za tą ścianą materiały rozpościerał się widok milionów ludzi. Właśnie tam, za tą czerwoną peleryną wrzeszczały tysiące młodych dziewczyn, tak strasznie szalejących za całą piątką chłopaków. Zachichotałam, gdy przed nosem przebiegła mi charakteryzatorka goniąca Louisa. Chłopak machał głową i wrzeszczał, że nie pozwoli dotknąć swojej twarzy korektorem na krosty. Charakteryzatorka jęknęła, poddała się i zawróciła. A wtedy szatyn odetchnął i puścił mi oczko. Coś na scenie gruchnęło, ale bałam się podejść bliżej i sprawdzić co. Artur kazał siedzieć mi na tym jednym głośniku, więc przykleiłam się do niego tyłkiem i obserwuję. Ponieważ jest to ostatni koncert, przy którym będziemy, ustaliliśmy wszyscy, że nie będziemy go opisywać. Zarówno ja jak i Artur mamy po prostu uczestniczyć w tym koncercie i nie robić żadnego materiału. Zgodziłam się na to bez namysłu. Zerknęłam niepewnie na tysiące kabli poplątane pod moimi nogami, gdzieś w oddali ktoś testował mikrofony. Przestraszyłam się, gdy poczułam czyjąś dloń na ramieniu. Odwróciłam szyję i zauważyłam uśmiechniętego Zayna. Za jego plecami stał rozpromieniony Niall, a za Niallem radosny Hazza. Posunęłam się odrobinę, pozwalając, by Zayn wdrapał się obok mnie. Uśmiechali się do mnie szeroko, ale nic nie mówili. Tak, jakby chcieli nacieszyć się tą chwilą. Zupełnie to rozumiałam. Przecież to ostatnie chwile, które spędzamy razem. Ten ostatni, wielki koncert. A potem do rąk wręczą nam bilety powrotne do Polski. Ścisnęło mnie za gardło, a smutek owionął moje serce. Przez chwilę czułam potężną gulę w gardle, ale ciepły, niebieski wzrok Nialla bardzo mi pomógł. Uśmiechnęłam się szeroko, przytulając do niego.
- Spotkamy się kiedyś jeszcze, prawda? – odezwał się Lou, kucając przede mną i Niallem, na plątaninie czarnych kabli. Podciągnął trochę beżowe spodnie, żeby nie odsłonić bokserek. Skinęłam potwierdzająco głową, gdy Horan przyciągał mnie do siebie bliżej. Zayn zaczął nerwowo poprawiać kołnierz swojej koszuli, a Harry nagle zauważył, że jego granatowa muszka źle się trzyma.
- Przygotujcie się! Za piętnaście minut wchodzicie! – Usłyszeliśmy za plecami od człowieka ze słuchawkami na uszach. Wzdrygnęłam się. Niall musiał zauważyć w moich oczach lęk i ścisnął moje palce pocieszająco. Harry odplątał swoją muszkę i z przerażeniem owionął nią spojrzeniem. Pokiwał głową, wprawiając swoje loki w ruch. Nie wiedział, jak na nowo przymocować muszkę do kołnierza. Lou machnął głową pobłażliwie i zaczął mu pomagać. Czułam perfumy Nialla i ciche nucenie piosenki przez Zayna. Zawsze tak samo. Zdążyłam się przyzwyczaić do nerwowego tupania butem przez Lou. Zdążyłam przywyknąć do stresowego nucenia różnych piosenek przez Malika. Zazwyczaj nucił rytm Moments. Niall notorycznie wbijał wzrok w to, co przed nim, wyłączając się automatycznie. Harry nigdy nie był rozkojarzony. Zawsze przed koncertem majstrował przy swoim ubiorze. I albo nie mógł zapiąć rozporka, albo uwierała go muszka. Łagodne oczy Liama spotkały się z moimi, gdy dołączył do nas, narzucając na siebie szarą marynarkę. Jako jedyny był w miarę opanowany. Widać było w jego oczach obawę przed tym, czy wszystko pójdzie zgodnie z myslą. Nie panikował jednak. Strzepał paproszki z ramienia marynarki i mrugnął do mnie oczami, uśmiechając się lekko.
- Nie możemy stracić kontaktu. Musimy dużo pisać. I będziemy się spotykać, prawda? – mówił Lou, zawiązując granatową muchę pod szyją Hazzy. Sprawdził, czy dobrze się trzyma, po czym zerknął na mnie, oczekując potwierdzenia.
- Ależ oczywiście! Nigdy o was nie zapomnę! – zreflektowałam się machinalnie, posyłając każdemu z osobna swoje szczere spojrzenie. Po twarzy każdego śmignął cień uśmieszku.
- Wchodzicie za pięć minut! – wrzasnął organizator, a Niall spojrzał mi zlękniony w oczy. Poklepałam go pokrzepiająco po kolanie i zeskoczyłam z głośnika. Nadepnęłam na nieszczęsne kable, ale nie przejmowałam się tym. W oczach zakręciły mi się łzy wzruszenia, gdy każdy z chłopaków przylgnął do mnie. Niall objął mnie w pasie, do moich pleców przylgnął zmartwiony Harry, a Liam wcisnął się z lewej strony. Zayn natychmiast doczepił się do mojego biodra, a Lou bez wstydu przylgnął ustami do mojego policzka. W oddali organizator poinformował mnie, że za dwie minut wchodzą na scenę. W ostatnich sekundach naszego uścisku pojawił się Artur, który zaczął robić naszemu zbiorowemu uściskowi zdjęcie. Wtedy płakałam już wielkimi łzami. Odlepili się ode mnie w tym samym czasie. Spojrzałam na nich, ledwo cokolwiek widząc przez napływające słone krople. Ścisnęłam z całych sił paluchy Nialla i patrzyłam, jak wybiegają zza kurtyny, na scenę. Chlipałam donośnie, trzymając Artka za palce i stojąc z boku, wychylając się nieznacznie zza materiałowej, czerwonej peleryny. Ten koncert zaczęli moją ulubioną piosenką. Z uśmiechem na twarzy obserwowałam jak poruszają się w skupieniu po scenie, śpiewając powolne słowa piosenki. „ More than this” brzmiało dziś wyjątkowo. Zwłaszcza wtedy, gdy czułam zapach sceny, widziałam tłumy pod nią, czułam ciepłe palce przyjaciela zaciśnięte na swoich. W świetle reflektorów widziałam pyłki kurzu pływające w przestrzeni nad sceną. Widziałam, jak Harry obejmuje Zayna. Obserwowałam w skupieniu Liama machającego do publiczności. Nie mogłam uspokoić płaczu, gdy odwracający się do mnie Niall puszczał mi perskie oko, pełne wzruszenia. Zamknęłam oczy, wtulając się w Artka. I takich ich zapamiętam. Szalonych, ale wzruszonych w chwilach słabości. Ostatni raz zerknęłam na całą piątkę rozrabiaków i uśmiechnęłam się do siebie w duszy.
Epilog.


Od ostatniego wpisu minęło już blisko pół roku. Ale tamten dzień, nasz pierwszy koncert z One Direction od kulis był momentem, od którego nic już nie było takie samo. Wszystko przewróciło się do góry nogami, dosłownie.


Wracam do pisania tutaj tylko ze względu na to, jak bardzo wizyta w Stanach odcisnęła się na moim życiu i chcę żebyście poznali tą historię. Poznałem chłopaków z One Direction. Tak, wciąż utrzymujemy kontakt. Z każdym z nim. Osobiście najbliżej jestem z Niallem i Harry'm. Dlaczego? Dowiecie się czytając ten ostatni wpis.

Nasz pierwszy koncert. Niesamowite przeżycie. Robiłem fotoreportaże z wielu koncertów. Ale nigdy z takiego, na którym było blisko sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Nie widzę sensu opisywać tego co się tam działo. Możecie wejść na YouTube i obejrzeć koncerty chłopaków. To co się tam dzieje jest nie do opisania, zwłaszcza jeśli nie ogląda się tego tylko bezpośrednio w tym całym zamieszaniu uczestniczy. Tutaj, w tym ostatnim tekście chciałbym skupić się na Liamie, Niallu, Harrym, Zaynie i Louisie. Na mnie i na Agacie. Na naszej siódemce.

Po miesiącu trasy wszystkie gazety, portale, radia i telewizje huczały od plotek o nowym związku. Po feralnej nocy ze złamanym nosem Agaty, Niall bardzo się do niej zbliżył. Do tego stopnia że po miesiącu byli razem, zakochani w sobie do szaleństwa. Tak bardzo, że czasami robiło nam się wszystkim niedobrze od zatrważającej ilości uczuć i formy ich okazywania przez tą dwójkę. Mimo wszystko cieszyliśmy się z ich szczęścia. Przez całą trasę ich związek rozkwitał w każdą stronę a ja i reszta chłopaków szczerze im kibicowaliśmy. Po drugim miesiącu już nie ukrywali się przed obiektywami paparazzich a ja miałem to szczęście że jako pierwszy opublikowałem ich wspólne zdjęcia. Posypała się za to taka kasa, że szkoda mówić. Widać jaki jest popyt na szmatławe zdjęcia, szczerze mówiąc. Potem była porządna sesja w Central Parku w Nowym Jorku, ale to inna sprawa.

Ogólnie, cała trasa była niesamowita. Wróciliśmy z niej z Agatą obładowani materiałami, wywiadami, tysiącami zdjęć, autografami. W końcu coś się należało redakcji. Cały reportaż z wyjazdu okazał się strzałem w dziesiątkę, dzięki niemu mogliśmy wreszcie zrezygnować z pracy w obecnej wtedy redakcji i przebierać w dziesięć razy lepszych propozycjach.

Skończyło się na tym że Agata skorzystała z oferty brytyjskiej redakcji i wyjechała do Anglii pisać dla nich. Była też bliżej Nialla, który mimo ogromnej ilości wyjazdów zawsze znajdował dla niej czas. To cudowne, kilka razy poleciałem do Anglii odwiedzić ją i chłopaków, za każdym razem wyjeżdżałem stamtąd ze łzami w oczach.

Pamiętacie akcję z Harrym, któremu podobno się podobałem? Cóż... sprawa jest o tyle dziwna, że od tamtego momentu minęło pół roku a my wciąż jesteśmy razem. Zbliżył nas do siebie jeden moment, moment który prawie przyczynił się do rozpadu One Direction. Poniżej kawałek z mojego dziennika...



12 października.
„...idiotyczny tekst, nie wiem kto kazał mi to pisać. Siedzę nad tym trzeci tydzień, próbuję cokolwiek z tym zrobić, a to jest taka szmira, że zaraz oszaleję, już nigdy nie zgodzę się na korekty artykułów prawnych, przecież to cholery można dostać! Gdyby nie to że pracuję nad tym w domu, z ulubionym winem i papierosami obok, szlag by mnie trafił, serio. A tak przynajmniej mogę przeklinać sobie ile mi się podoba, śpiewać pod nosem i męczyć się z tekstami kolejnych ustaw i uchwał. Dla mnie to w sumie to samo. Jedyne co mnie martwi, że mija już trzeci dzień kiedy nie mam żadnych wiadomości z UK. Ani Agata, ani chłopaki się nie odezwali, żadnego telefonu, żadnej wiadomości, żadnego smsa, nawet głupiego wpisu na twitterze. Ale pewnie mają kupę roboty, tylko ja gniję w tym postkomunistycznym kraju i oddaję się słusznej sprawie. Muszę coś z tym zrobić, bo zwariuję...”



14 października.
„...Głupie lotnisko. Nienawidzę go. Nienawidzę ludzi. Nienawidzę samochodów. Nienawidzę ludzi w samochodach. Może by tak umrzeć?...”



15 października.
„...Harry śpi mi na kolanach. Tak ładnie pachną mu włosy. Nialla nikt nie widział od wczoraj. Boję się o niego...”



15 października.
„Zadzwonił Horan, nic mu nie jest. Harry się obudził i wciąż płacze.”



Już wyjaśniam o co chodzi. Agata, jadąc do redakcji która znajdowała się w centrum Londynu miała wypadek samochodowy. Jakaś wielka ciężarówka, przekroczenie prędkości, huk, jakiś pożar. Nie wiadomo do tej pory co się stało. Śmigłowiec medyczny. Ja i chłopaki w szpitalu, wielka tragedia i hektolitry łez. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym dowiedzieliśmy się co i jak. Zayn stał za drzwiami paląc papierosa. Ja siedziałem na zimnej, kamiennej podłodze obok niego też paląc. Lou stał nade mną a w środku siedział Liam z Harrym i pilnowali Nialla, który był straszliwie nerwowy i mało nie pobił lekarza. Widziałem przez szybę, że wpatruje się w jakiś plakat, stojąc z plecami opartymi o szarą ścianę londyńskiego szpitala. Drzwi w końcu korytarza otworzyły się i wyszedł z nich starszy facet w białym kitlu i jakąś podkładką w ręku.
- Chodź, idziemy, może już się wybudziła – mruknąłem do Louisa.
Zayn przygasił papierosa i powlókł się za nami.
Akurat w momencie, kiedy przechodziliśmy przez automatyczne drzwi, widziałem jak lekarz mówi coś Niallowi. A reszta odbyła się jak w filmie. Horan osunął się po ścianie i ukrył twarz w dłoniach. Liam podskoczył do niego i klęcząc koło Nialla, coś mówił. Harry natomiast spojrzał w naszą stronę, kiedy lecieliśmy do nich z hałasem godnym czołgu. Wstał i podszedł do mnie, przytulając mnie tak jak nigdy. Już wtedy wiedziałem co się stało.





18 października.
„...pogrzeb był piękny. Kameralny. Ale ta policja....”

Już wyjaśniam. Policja była z tego względu, że chłopaki uparli się że przyjadą do Polski na pogrzeb. Ktoś musiał pilnować tego, żeby nikt nie zakłócił spokoju.





19 października.
„Chłopaki wrócili do Londynu. Niall wciąż jest w szoku. Pakuję się...”




20 października.
„Harry odebrał mnie z lotniska. Zamykam rozdział Polska. Teraz tu jest mój nowy dom”



21 października.
„Horan nie chce już śpiewać. Koniec świata.”





Teraz jest piętnasty stycznia. Usycha mi choinka.

Zima szaleje za oknem, przykryła już cały Londyn śniegową kołdrą. Na szczęście Niall zdecydował się dalej śpiewać. Zespół wciąż istnieje. Ale stałym elementem każdego koncertu chłopaków jest minuta ciszy. I to naprawdę działa. Ludzie wiedzą co się stało. Sam zrobiłem z tego materiał, Niall tylko mi pozwolił o tym pisać, zastrzegając mi do tego wyłączne prawo. Inne gazety i media bazując na moim artykule, automatycznie serwowały sobie pozew sądowy. Tylko jedna, mała młodzieżowa gazetka zdecydowała się złamać prawo wyłączności. Skończyło się tym że prawnik zamknął to wydawnictwo, więc na dobre im to nie wyszło.
Przytłaczająca cisza panująca przez minutę na koncercie zawsze wywołuje u mnie łzy. A prawie każdy koncert oglądam zza kulis. Takie są plusy bycia chłopakiem Harry'ego Styles'a.
Teraz, kiedy piszę te słowa wciąż pamiętam głos Agaty, jej śmiech, wszędzie mam nasze wspólne zdjęcia. Plus kilkadziesiąt tych, które powstały w czasie trasy po Stanach.
Zespół wciąż bije rekordy popularności. Chłopaki nadal są sobą. A ja? Ja jestem szczęśliwy, ale rana która została w moim sercu po śmierci Agaty nigdy się nie zabliźni, i wątpię w to czy nawet Harry kiedykolwiek ją załata. Piszę dla Times'a, dobrze zarabiam, mam piękne mieszkanie i dobry samochód. I czarną labradorkę, nazywa się Aisha. Ale w momentach kiedy traci się najbliższą osobę, te rzeczy nie są nic warte. Dlatego tak bardzo boję się każdego wyjazdu chłopaków. Nie zawsze mogę tam być i nie zawsze mogę ich pilnować. Boję się tylko, że kiedyś coś się może zmienić...

Idę przejść się z psem na spacer. Aisha już czeka. Mam nadzieję że ta historia, którą spisałem, dostarczyła wam tego czego oczekujecie po dziennikarzach – rozrywki. Ale mam też nadzieję, że jej zakończenie skłoni was do refleksji.
Całą tą opowieść dedykuję Agacie. Kochanie, nie zapomnę. A Nialla pilnuję, bądź spokojna.
- Aisha, idziemy na spacer, chodź.
 

9 komentarzy:

  1. Nie wybacze ci tego, że umierciłeś Agatę.. Poprostu ci tego nie wybaczę. A tak wogole to spoko, zajebiscie sie czyta, co chwila wybuchalam niekontrolowanym śmiechem i generalnie ryczalam ze smiechu, co niestety nie podobalo sie mojej mamie, bo rozsypywalam jej tytoń ... Wybaczyla mi to dopiero, gdy przeczytałam jej kilka fragmentów i o dziwo jej tez sie spodobalo. Ale to nie zmienia faktu, że nie wybaczę ci uśmiercenia Agaty.. A ! Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jesteś świadomy, ze nie jestes idealny i też popełniłeś kilka błędów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dupa... Spieprzylam ostatnie zdanie.. Chodzilo mi o to iz mam nadzieje, ze jesttes swiadomy, ze nie jestes idealny i ze tez popelniles kilka bledow :D

      Usuń
    2. Oczywiście, nikt nie jest idealny. Poza tym, nie chciało mi się tego sprawdzać, przyznaję się bez bicia, było kopiowane ze starego pliku roboczego :D

      Usuń
  2. Nie znam Cie osobiście, szkoda;/ jejku kocham Cie!;*
    Nawet nie wiesz jak mi sie to podoba! Chociaż trochę bardziej podobało mi sie tamto opowiadanie ale tylko dlatego, że lubie kryminały ale to co teraz zamieściłeś jest świetne. Wzruszyłam sie..
    Myślałam, że romans będzie mieć Agata z Arturem.
    Czemu ja uśmierciłeś?!
    Związek z Harrym... hmm ciekawe...;D
    Proszę pisz więcej!;*
    tyska

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu, piękne. Jeszcze " The A Team" i ryczę. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Dodasz jeszcze jakieś opowiadanie? To jest świetne, tak jak i "Wilgoć w piwnicy". Czekam i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak ja płakałam...
    Ze śmiechu w niektórych momentach. Ta scena w nocy z rozbitym nosem Agaty zabiła mnie kompletnie. Lou biegający wszędzie z aparatem- wciąż mam taką wziję przed oczami i wciąż się uśmiecham myśląc o tym.
    Płakałam ze wzruszenia. Kiedy chłopcy żegnali się z Agatą podczas ostatniego koncertu. Matko boska, jak ja marzę o tym, żeby znaleźć kiedyś tak wspaniałych przyjaciół!
    Płakałam ze smutku. Kiedy uśmierciłeś Agatę. To był, kurde, niespodziewany cios.
    Zabiłeś mnie kompletnie tym opowiadaniem. Było genialne, naprawdę.
    Jesteś znakomity.
    A jutro się biorę za twoje drugie opowiadanie, postanowiłam, że się przełamię, mimo że Louis...Aż się wzdrygnęłam.
    Musisz częściej wrzucać tu opowiadania! Błagam!

    OdpowiedzUsuń
  5. WOW! Znowu mnie zaskoczyłeś, ale oczywiście pozytywnie. Nie wiem dlaczego niektórym szkoda, że uśmierciłeś Agatę.. mi tam jej nie żal haha ;d Ale normalnie posmutniałam trochę jak przeczytałam do końca.. myślałam, że rozbudujesz jakoś wątek Harrego i Artura, a tu dupa :< Po za tym małym szczegółem to na prawdę wszystko było rewelacyjne. Zazdroszczę Ci, że tak potrafisz pisać sama bym chciała! :(
    Nie bądź samolubem i dodawaj te rozdziały, które tam trzymasz w zanadrzu! ;d Serio bardzo fajnie byłoby to poczytać. Mam nadzieję, że jeszcze coś dodasz! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Już to pisałam, masz ogromny talent. Nie wiem jak można tak znakomicie pisać. Twoja przyjaciółka też dobrze pisze, ale (nie urażając jej) wolę teksty Twojego autorstwa. Może to, dlatego że się przyzwyczaiłam. Wszystko było ładnie, okej, świetnie, wymarzona podróż, ale ta śmierć Agaty. Chociaż, szczerze mówiąc ta śmierć była dodatkiem do tego opowiadania. I jeszcze forma pamiętnika. Uwielbiam jak ktoś pisze coś w formie pamiętnikowej. Szczególnie wtedy jak umie pisać. I kto by pomyślał o tym, że Artur będzie z Harrym? No, ale koniec podniecania się. Bloga będę dalej śledzić, dalej będę czytać Twoje wpisy i dalej będę go polecać moim znajomym. Nie przerywaj pisania, komentuj te imaginy innych autorek i miej ubaw z nich, tak jak inni mają ubaw z Twoich komentarzy. Pozdrawiam,
    Angela.

    OdpowiedzUsuń
  7. kocham cię człowieku !

    OdpowiedzUsuń